Zmusić do moralności
 Oceń wpis
   

W Europie toczy się wojna, to pewne. Wojny toczyły się zawsze - militarne, polityczne, wojny kłamstw i jadu. Zdaje się, że małość i głupota leżą w naturze człowieka, a niektóre systemy społeczne mają to do siebie, że łatwiej te ludzkie wady katalizować.

Wydaje się też oczywiste, że to nie jedyna wojna. Dziś jednak pominę dyskusję o wojnach o przewagi gospodarcze, o pieniądz czy o system prawny, swoją uwagę poświęcając tylko jednej z bitew toczonych w ramach zaledwie jednej z wojen - wojny kulturowej (kulturkampf) - czyli robiącego absurdalną karierę sporowi o rzekomo homofobiczne prace Macieja Giertycha.

Popularność i temperatura tego sporu mogą się wydawać postronnemu obserwatorowi kompletnie niezrozumiałe, zważywszy, jak żałośnie znikome na tle potężnej Unii Europejskiej jest znaczenie jednej czy drugiej książeczki małego posełka z malutkiej Polski, gdzieś na skraju starych map. Jednak przewodniczącemu parlamentu europejskiego, wraz z wieloma znaczącymi postaciami polityki zachodniego świata, ta mała broszurka utkwiła jak zadra w oku - i nie bez powodu. Lobby homoseksualne (proszę mi wybaczyć lekkie generalizowanie) jest bardzo silne, a nade wszystko uporczywe w promowaniu światopoglądu zakazującego formułowania krytyki ich mniejszości.

Zwolennicy tego poglądu (nie tylko homoseksualiści, ale też i socjaliści, ekologowie) nieomal histerycznie bronią niespójnego, więc niekonsekwentnego aksjomatu cudownej (i równie niewiarygodnej) "równoważności" wszystkich możliwych stanowisk oraz kryteriów ich oceny. Apologeci tego spojrzenia na świat (siłą rzeczy!) usuwają się ze starego, kłopotliwego świata krytycznego rozumowania, przechodząc ku światłu wiecznotrwałej dumy z byle czego.

Gdyby na tym poprzestano, nie byłoby wielkiego problemu. Wszystkie kultury oparte na sofizmatach rozpadają się i giną tak szybko, jak szybko mogą pojawiać się lepsze cywilizacje. Lecz w tym kłopot, że wszystkie te dumne z byle czego sekty ideologiczne w sercach noszą prozelityzm z braku lepszych argumentów siłowy (choć zastrzegam, że argumenty te mogą, choć nie muszą, istnieć - wystarczy głupota ich ślepych stronników).

Stąd ostatnia bitwa zwolenników przymusowej "tolerancji" (proszę wybaczyć oksymoron... czym jednak innym są zapisy w traktacie nicejskim dotyczące ścigania przez Europol ksenofobii i rasizmu, jak nie nawoływaniem do przymusowych: (1) zakazu lęku przed obcymi i (2) zakazu rozróżniania (sic!) ras?) ze zwolennikami przymusowej "nietolerancji" (bo czym innym jest zakazywanie promowania jakiejś - choćby najdurniejszej - postawy?).

Dużą rolę w takich stanowiskach naszych ideologicznych wojowników odgrywa rdzeń umysłowości polityka (w odróżnieniu od stratega, który z przemocy korzystać nie musi) - obsesyjnie zmuszającego przeciwnika do przyjęcia niechcianych rozwiązań pod groźbą użycia fizycznej przemocy - czyli niemoc perswazyjna i argumentacyjna, nieufność wobec ludzkiej wolności, strach przed naturalnym porządkiem, przekonanie o własnej wyższości i o marności wszystkich innych ludzi, ale, co najdziwniejsze, także pewność, że rozwiązania korzystne, dobre i słuszne są... niekorzystne, złe i niesłuszne.

Dziwne?

A jednak, spójrzmy: gdyby polityk miał pewność, że jego rozwiązania społeczne są właśnie takie, czyli korzystne, dobre i słuszne, to wystarczyłoby uwolnić rynek rozwiązań społecznych. Gdyby "kultura gejowska" była skazana na samozagładę, nienaturalna i obrzydliwa, zostałaby naturalnie odrzucona, lub zgniłaby od środka, umierając jak większość hedonistycznych i zepsutych cywilizacji.

Można zapytać, czy przemawia przeze mnie głupi, naiwny idealizm, nakazujący mi propagować postawę bierności i kompletnego permisywizmu?

Skądże!

Choć łatwa, ocena ta jest całkiem nieprawdziwa. Ludzie, którzy ją formułują, zapominają, że wola ludzi spotykających się na rynku (także rynku idei i przekonań) nie jest bierna, lecz w najwyższym stopniu aktywna - również za sprawą możliwości jej wyrażenia. Rzecz w tym, że pozwolenie na działanie najbardziej zainteresowanym nie jest brakiem rozwiązania per se, lecz właśnie konkretnym rozwiązaniem politycznym - bardzo trudną, prawie niemożliwą dla ludzi władzy rezygnacją z mentorskiego dyktatu, rezygnacją z przymuszania obywateli do zachowywania postawy pożądanej przez polityków, nie samych obywateli - i rozwiązanie to polega na tym, że proces decyzyjny ulega prywatyzacji i decentralizacji. Nie jest to brak decyzji, lecz zezwolenie na mnogość decyzji.

Jak widać, zamiast zmonopolizowanej decyzji o tolerancji decyzje te podejmowane przez konkretne osoby. I tylko od tego, czy te osoby odniosą sukces (a zatem ich zachowanie było korzystne, dobre i słuszne), czy nie, zależy, czy postawy te ulegną proliferacji, czy anihilacji. (Zakładam, że bezpośrednia przemoc fizyczna jest surowo ścigana, więc nie wygrywa ten, kto np. szybciej przeciwnika zabije...)

Jeśli homoseksualizm nie jest chorobą, jeśli jest zdrowy, jeśli nie ma w nim nic szkodliwego i złego, to rodziny homofobiczne i propagujące homofobię znikną z powierzchni Ziemii, lub ostaną się w nielicznych enklawach. Pozwólmy im więc konkurować swobodnie z postawami homofilii i tolerancji.

Jeśli wartości rodzinne są lepsze dla społeczeństwa, jeśli wzmacniają rodziny i wpływają pozytywnie na zdrowie psychiczne i genetyczne, to, z kolei, pozwólmy homoseksualistom z nimi konkurować. Przegrają oni to starcie i odsuną się na margines normalnego życia społecznego lub w naturalny sposób, bez agresji, całkowicie zaginą.

Wystarczy pozwolić ludziom na wolny wybór, by przekonać się, jaka jest prawda. I najwyraźniej prawdy boi się zarówno polityczne lobby homoseksualne, jak i obóz jego stricte politycznych przeciwników.

Komentarze (3)
Groźby
 Oceń wpis
   

Prowojenna polityka Stanów Zjednoczonych jest nam dobrze znana. Cały świat wielokrotnie doświadczył dotkliwych skutków szerzenia demokracji po pierwszej wojnie światowej, kiedy poupadały ostatnie europejskie monarchie, a także po drugiej, gdy zaczęto rozliczać się z odmiennymi systemami politycznymi na całym świecie. Twierdzono, że o wiele lepszą formą rządów były demokracje takie jak stalinowska (władza ludu, którą upodobał sobie F.D. Roosevelt, dając temu wielokrotnie wyraz - np. w Jałcie) lub nazistowska, albo afrykańskie rządy kacyków, na których można było wpływać, aby zwalczyć wroga zza żelaznej kurtyny.

Nigdy nie zapominiano, że kraje nieamerykańskie nie dorosły do demokracji - w żadnym razie nie potrafiłyby poradzić sobie z agenturą sowiecką i rosyjską presją polityczną. Odpowiedź na tę nieumiejętność stanowiła prawie zawsze amerykańska agentura i presja polityczna. Należało wprowadzić taki model demokracji, który oznaczał uzależnienie od zachodu - finansowe (jak np. w przypadku międzywojennej Polski, powojennej RFN lub Polski pokomunistycznej) i polityczne (wystarczy spojrzeć na reżim Idi Amina w Ugandzie, który dopóty był znakomitym demokratycznym władcą, dopóki nie zbuntował się przeciw swym brytyjskim sojusznikom).

O ile można jeszcze dyskutować, że takie przeciwskuteczne działania były uzasadnione obroną przed realnym wrogiem, jakim było ZSRR, to po jego upadku głośne i wyraźnie pytania o ich sens powinny być normą. Szczególnie patrząc na genezę systemu sowieckiego (agentura niemiecka, ze swym czołowym przedstawicielem Włodzimierzem Iljiczem Uljanowem, pseudo Lenin), wątpliwości budzić może np. wielomiliardowe (a może i nawet bilionowe, kto to zliczy) wsparcie udzielone młodej rosyjskiej "demokracji", dziś już zakrzepłej putinowskiej. Był to albo fatalny błąd taktyczny, albo nieunikniony skutek błędu systemowego - pomoc służyła bowiem głównie instytucjom postsowieckiej agentury, która - co zrozumiałe - starała się odrodzić swe wpływy w nowej mafijnej postaci. Jedynie brutalność i prymitywizm umysłu człowieka radzieckiego sprawiły, że tak szybko było nam dane przekonać się o jego totalitarnych skłonnościach.

To samo dotyczy absurdalnego finansowania skonwertowanego ostatnio na "zachodyzm" albo "oenzetyzm" Kadafiego, lub Kim-Dzong-Ila "pokojującego" za spore pieniądze. Jedynym otwarcie wspominanym celem pomocy udzielanej tym ohydnym bandytom jest utrzymanie status quo, czyli dorozumianego (błędnie) względnego spokoju, i stopniowa demokratyzacja za pomocą "pokojowych", "dyplomatycznych" metod. Jednak czy kupowanie zewnętrznej polityki zamordystycznych przywódców w najmniejszym choćby stopniu umniejsza opresywność ich wewnętrznego systemu politycznego? Wręcz przeciwnie - finansowanie umożliwia im przetrwanie, wypłacanie pensji tamtejszej bezpiece, kontrolowanie opinii publicznej i trzymanie w szachu przeciwników, których od zagranicznej pomocy można skutecznie odciąć. Dzięki takiej polityce zachodu absolutystyczni kacykowie są w stanie gasić lokalne ogniska buntu. Ale to nie wszystko. Wystarczy sobie wyobrazić, że rzekoma opozycja może być przeniknięta siatką agentów, lub wręcz być jedynie dobrze zakamuflowaną jaczejką opresywnego reżimu. Z zachodem mogą też negocjować zwykli hochsztaplerzy, udający prozachodnią opozycję w celu uzyskania finansowania.

Sięgnijmy po znane przykłady przeciwskuteczności polityki kupowania kacyków i działaczy politycznych: Saddama Huseina, wspomnianego już Idi Amina, czy swego czasu opłacanego przez CIA Osamy Bin Ladena... A co z Chinami, Rosją, Koreą Północną, Wietnamem, czy Somalią (wina obywateli tej ostatniej leży tylko w tym, że nie chcieli żadnego oficjalnego rządu)? Na co szły pieniądze dla bliskiego wschodu, a konkretniej na czyje prywatne konta? I jak do tej pory udaje się np. palestyńskim terrorystom znajdować pieniądze na zakup broni, jeśli nie z pomocy zagranicznej?

W gąszczu takich pytań natrafiłem na wywiad z Richardem Perle. Muszę przyznać, że zaszokował mnie bezczelnie agresywny ton... nie, nie Perlego, neokonserwatywnego doradcy G.W. Busha, lecz dziennikarza. Byłem naprawdę zdumiony ładunkiem czystej propagandy i nieuzasadnionych oskarżeń kierowanych pod adresem Iranu. Pytania dziennikarza były chyba skutkiem odurzenia narkotykowego lub propagandowego - zarysowywały obraz jakiejś wielkiej mitycznej groźby i składały się wyłącznie z najostrzejszych gróźb pod adresem władz Iranu. Zobaczmy sami (przeklejam wszystkie pytania z linka i niczego nie wycinam!):

  • Czy sytuacja w Iranie jest na tyle poważna, że USA powinny przeprowadzić atak powietrzny na instalacje nuklearne tego kraju?

Przypomnijmy: Iran jest suwerennym krajem, który wybrał Ahmadineżada w demokratycznych wyborach. Podpadł Stanom Zjednoczonym tylko dlatego, że irańczycy są muzułmanami (więc kojarzą się z zamachami z 11 września - ale udziału w nich nie brali!) i wypowiadają się źle o Izraelu (który jest "dobry", bo prowadzi politykę zgodną z interesem USA), a do tego śmią podważać holokaust. Czy to wszystko? Nie - jest też argument bardziej "konkretny" dla tych, co lubią kaprysić. Iran zawinił tym, że chce mieć energię nuklearną. O, to już poważne przestępstwo. Nieważne to, że na całym świecie nikt nigdy (poza chlubnym wyjątkiem USA) jeszcze broni nuklearnej nie użył - nawet tacy zbrodniarze, jak ZSRR. Nieważne to, że wszystko co robi Iran to tylko wyrażanie chęci budowy atomowych elektrowni (choć faktycznie mało to wiarygodne). Tym mniej ważne to, że Izrael, pupilek zachodu, przyznał się do posiadania broni atomowej i akurat to nikomu już nie przeszkadza. Dlaczego więc akurat Iran jest tak groźny? Ano z tej prostej przyczyny, że nie jest posłuszny, więc potencjalnie jest niebezpieczny - na co trzeba niezwłocznie odpowiedzieć "atakiem powietrznym", bo to "poważna sytuacja". I wszystko gra.

  • Pojawiają się opinie, że konfrontacyjna retoryka prezydenta Iranu jest tylko zwykłą grą, mającą na celu postraszenie Zachodu. Ahmadineżad nie jest przecież najważniejszą figurą irańskiego kierownictwa ani nawet zwierzchnikiem sił zbrojnych. Rzeczywistym przywódcą Iranu jest ajatollah Hamenei.

Widzę w tym pytaniu wiele konfrontacyjnej retoryki. A cały wywiad jest nią tak przesiąknięty, że aż ocieka strachem i groźbami. Sporo tu straszenia, tak w ogóle. Co ciekawe, w wywiadach udzielanych zachodniej prasie, prezydent Iranu nikomu nie grozi i słyszy się raczej spokojny, wyważony głos przeciwny interwencjom amerykańskim bądź próbom zewnętrznego sterowania Islamem. Jedyne groźby, jakie formułuje Ahmadineżad, to zapowiedzi obrony. Zbrodnia, doprawdy!

  • Jak zatem zatrzymać irański program atomowy?

Ot, przykład demokratycznej dyskusji, w której specyficzny zachodni język dialogu przejawia się tu zignorowaniem prostego pytania: Czy wolno nam zatrzymać irański program atomowy, a jeśli nawet tak, to właściwie jakim prawem?

  • Ale takie sankcje mogą przyczynić się do umocnienia irańskiego reżimu wewnątrz kraju.

Dlaczego ten demokratycznie wybrany rząd Iranu, popierany przez sporą część obywateli, jest reżimem? Przyczyna wydaje się prosta: Iran nie chce współpracować z międzynarodową społecznością. Hmm, moment. Przecież rozmawia z zachodem, udziela wywiadów, dopuszcza zachodnie kontrole... O co może chodzić? Ach, no tak. Iran nie jest spolegliwy, nie chce robić tego, co mu się każe i nie wie, kiedy ma milczeć.

  • Czy w takim razie istnieje szansa na wybuch irańskiej "kontrrewolucji" i na obalenie władzy mułłów. Rząd USA być może powinien wspierać reformatorskie siły społeczne?

Ooo, to nie jest język agresji, to wcale nie jest język napaści i inwazji, o nie, o nie! Język agresywny to krytyka finansowania przez Stany Zjednoczone władz bliskowschodnich, to mówienie o tym, że będzie się bronić swojego kraju. Mądry i grzeczny obywatel zachodu wie dobrze, że nie ma nic agresywnego w gadaniu o wybuchu rewolucji i obalaniu władzy w Iranie wedle naszego światłego euroamerykańskiego widzimisię. To wcale nie jest "konfrontacyjna retoryka". Ależ skądże!

  • Czy powinno się rozgrywać podziały wewnątrz irańskiego kierownictwa?

Jak wyżej. Nic tylko mieszanie się w cudze sprawy kosztem podatnika, czyli kwintesencja imperialnego stylu myślenia (wystarczy sobie przypomnieć czasy Pax Romana i politykę divide et impera, którą Rzymianie z lubością stosowali np. wobec Galów, dzieląc ich na wzajemnie się zwalczające frakcje - aż do pojawienia się Wercyngetoryksa, niestety pokonanego przez ludobójcę Juliusza Cezara).

  • W jaki sposób USA mogłoby wspierać irańską opozycję, czy w taki sposób jak w Polsce w latach 80., przesyłając opozycji fundusze poprzez rządowe agendy?

Wyżej napisałem już, co sądzę o zachodniej "pomocy", udzielanej bez znajomości struktury społecznej, uwarunkowań politycznych oraz z pominięciem najbardziej rudymentarnych zasad ekonomicznych. Pomoc ta w rzeczywistości nie ma dobrze określonego miejsca przeznaczenia, które zależy wyłącznie dobrej woli jej adresatów. Jeśli trafi na dobrych chłopców z Solidarności - może zostać nienajgorzej wykorzystana (choć nadal ich podatkowe pochodzenie rodzi wątpliwości natury etycznej, a ekonomicznej myśli także tu ze świecą szukać). Ale jeśli trafi na chłopców z postępowej frakcji PZPR, którzy pojeżdżą sobie dzięki temu na stypednia Fulbrighta?

Jak na "pytania" dziennikarza odpowiada Perle?

Najłagodniej jak to możliwe - twierdząc, że "atak nie jest potrzebny" (cóż za łaska! nie będzie bomb zrzuconych na domy tych irańczyków, którzy akurat mogą Ahmadineżada nie popierać) i że "sukces zależy od tego, czy uda się nam skonsolidować wspólnotę międzynarodową i doprowadzić do nałożenia rzeczywistych sankcji na Iran" (znów ta cudowna retoryka pokoju - aż ręce opadają...).

Potem jest śmiesznie: "Reżim ma wielu oponentów i tak jak w Polsce powinniśmy wspierać te grupy, które wykazują demokratyczne aspiracje" i "chcemy wzmacniać irańską demokrację i otwartość kraju oraz doprowadzić do demokratycznej decyzji wstrzymującej produkcję broni atomowej". No tak. Jedyną prawdziwie demokratyczą decyzją może być wstrzymanie produkcji broni atomowej. Gdyby nawet osobiście wszyscy obywatele Iranu zagłosowali za produkcją broni atomowej, byłoby to niedemokratyczne. Jak w USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Izraelu, Rosji, Indiach, Pakistanie i w Chinach.

Jedynym konsekwentnym wrażeniem pozostałym po wywiadzie jest strach, uczucie zagrożenia i poczucie, że "coś trzeba zrobić". Mniej istotne stają się najważniejsze w istocie sprawy, czyli to, kto coś zrobi, jakimi metodami, i jaki będzie długofalowy skutek tych działań. Zamiast tego buduje się tu jedynie bezrozumną, emocjonalną konotację: Iran-zagrożenie.

Nie próbuje się przeprowadzić analizy rzeczywistych zagrożeń, nie korzysta się z wyższych funkcji mózgowych w celu przeprowadzenia bezsprzecznego dowodu winy Iranu. Nie poszukuje się żadnych faktów, nie wskazuje się na żadne materialne sygnały niebezpiecznej dla zachodu działalności administracji Ahmadineżada (choć zawsze można "znaleźć" broń masowego rażenia na zasadzie irackiej). Cały wywiad jest w istocie retoryczną papką, nie niosącą najmniejszej drobiny przekazu poznawczego, lecz jedynie mającą wtłoczyć do głów jasną wiadomość: Iran jest zły.

Nie twierdzę, że w przyszłości nic nie zagrozi zachodniej "cywilizacji". Nie twierdzę, że Iran ma dobre zamiary. Lecz Iran faktycznie stanie się najeźdźcą, to stanie się tak z dwóch przyczyn:

1) bo sami się o to prosimy, ingerując, interweniując, motając, starając się kontrolować lokalnych władców - wywołując u muzułmanów poczucie zagrożenia, wrażenie chęci ich opanowania i zniewolenia, i finansując frakcje udające dobrych chłopaków,

2) bo sami się osłabiamy, wspierając niewydolny etatystyczny system, który uczyni z nas śliniącego się, podstarzałego półdebila, który dawno zapomniał, jak naprawdę się bronić przed prawdziwymi zagrożeniami i kiedy to robić. Zamiast zgranej, wolnej społeczności przedsiębiorców, pracowników i ludzi świadomych swojego miejsca na mapie świata, będziemy trzęsącymi się ze strachu kretynami, rozpieszczonymi, podtatusiałymi maminsynkami, którzy umieją tylko badać krzywiznę banana...

Prosimy się o upadek.

Komentarze (0)
HIV no pasaran!
 Oceń wpis
   

Australijski premier (czytaj: obecny dysponent całej Australii (ach! - realistyczne ustalenie stosunków własnościowych w sferze państwowej jest niezmiernie trudne!)) w przypływie dobrego humoru bądź szczerej dobroduszności zasugerował wprowadzenie kategorycznego zakazu osiedlania się zakażonych wirusem HIV na terenie jego państwa.

Przedstawiciele innych środowisk dysponenckich (to władztwo sfery publicznej jest doprawdy mocno zamotane), czyli lekarze oraz organizacje zajmujące się problemem AIDS, zaoponowali - być może skuszeni wizją łakomego kąska w postaci publicznych pieniędzy, jak woda ze szlaucha strażaka płynących by ugasić pożar.

Nie podejmę się tu próby dokładnego zgłębienia problemu HIV-AIDS, bo jest to kwestia nazbyt niejednoznaczna jak na skromne ramy tego bloga, więc tylko zwięźle wspomnę o niektórych zagwozdkach, nad którymi głowią się dzisiejsi filozofowie.

Światowe rządy wydają na walkę z wirusem miliardy publicznych dolarów, a efekty są niemal żadne. Można się domyślać, jak spora część tej publicznej "pomocy" trafia do prywatnych kieszeni - szczególnie zważywszy, że w takiej np. Afryce korupcja to chleb powszedni. Kłopotliwe są też regulacje i "dodatkowe" obowiązki będące kosztem udzielenia pomocy, jak wymóg zawarcia transakcji wiązanych, czyli swoiste opodatkowanie Afryki w zamian za pomoc. W roku 2005 było to aż ok. 1,6 mld dolarów, i z całą pewnością wiązało się z irracjonalnymi przemieszczeniami w strukturze kapitałowej. Urzędnikom i kacykom nie zależy na opłacalności tych transakcji - wydaje im się, że skoro są wykonywane przez firmy prywatne, to są rynkowe, więc wszystko ekonomicznie gra. Ale nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby dostrzec, że zakupiony sprzęt specjalistyczny wymaga właściwego utrzymania, części zamiennych, wiedzy itd., czyli - jak na warunki afrykańskie - niezmiernie zaawansowanej struktury kapitałowej. Dlatego też cała ta zabawa z "kupowaniem" sprzętu albo kończy się jego schowaniem w szafie, albo prędkim zużyciem, albo spiralą wydatkową dla utrzymania ciągłości jego wykorzystania. Wszystko to jest uzależnione od kaprysów lokalnych kacyków, podczas gdy najbardziej zainteresowani Afrykańczycy pozostają w cieniu mitycznego "zainteresowania" "światowej opinii publicznej".

Nie mógłbym też nie wspomnieć o gigantycznych zyskach koncernów farmaceutycznych - dziwna sprawa, w tym przypadku bardzo łatwo rządom utrzymać paradygmat świętości własności prywatnej. Nikt nie próbuje tych dużych, wpływowych i oddziałujących poprzez spore lobby organizacji nacjonalizować - choć w przypadku słabszych przedsiębiorstw takiego skrępowania dostrzec nie sposób. Politycy z jakichś przyczyn jak ognia unikają tego tematu. Cóż, wiedzą, z kim się mierzą. Dlatego koncerny nadal w zamian za publiczne pieniądze "sprzedają" państwom leki chronione monopolistycznym prawem tzw. własności intelektualnej. Dopuszczenie do produkcji generyków jest tylko listkiem figowym, który ma symulować wolność wiedzy lub korygować "błędy kapitalizmu" (czyli państwa). I tak, w ramach współpracy organizacji rządowych Afryka jest karmiona lekami wywołującymi szkodliwe powikłania, pustoszące organizm, "dzięki" czemu chorzy wymagają jeszcze bardziej intensywnej - i kosztownej - opieki medycznej (dobrym przykładem jest wycofywany (przez pojawieniem się straszaka HIV) ze sprzedaży AZT, "lek" rozbijający łańcuchy DNA i tym samym niszczycielski dla organizmu (co, swoją drogą, dotyczy także układu odpornościowego) w nadziei wybicia "przy okazji" wirusa; AZT jest też przymusowo podawany dzieciom).

Cóż, problem wcale nie jest jednowymiarowy, na tym wskazaniu jednak poprzestańmy, wróciwszy tym samym do właściwego tematu.

Z jednej strony, pomysł australijskiego premiera nie wydaje się taki głupi, skoro automatycznie odcina kosztownym pacjentom dostęp do pieniędzy zagarnianych podatnikom. (Dopuszczalne koszty kuracji sięgają tam obecnie kwoty 17 tysięcy dolarów na osobę rocznie. A renty, zasiłki i cała ta pomoc społeczna w ogóle?) Dodatkowo chorzy nie rozprzestrzeniają zarazy, poruszając się po świecie, co umożliwia jej stopniowe opanowywanie (to chyba powinno cieszyć organizacje zwalczające AIDS, o ile nie chodzi im tylko o zwalczanie przeszkód w dostępie do pieniędzy z budżetu). Zwykle też chorzy na AIDS przybysze nie dysponują środkami wystarczającymi do kupna własnej ziemi i muszą wykorzystywać własność publiczną, aby się poruszać po kraju. To wszystko wydaje się świadczyć przeciw pomysłowi otwarcia granic jako legalizacji poszerzenia zaboru mienia podatników.

Lecz i zarzuty lekarzy oraz ekologów mogą być jakoś tam trafione (poza niepotrzebnymi wywodami o ksenofobii, do której trole sięgają, gdy argumentów braknie). W końcu, faktycznie, państwowe zakazywanie wjazdu jest niepraktyczne i niemoralne (bo jest zwykłym gangsterskim wymuszeniem), dotycząc wszystkich jednakowo - bez względu na to, czy planują kupić sobie jakąś ziemię i na niej żyć, lub czy chcą korzystać z odebranych podatnikom pieniędzy, czy nie. Przestaje być też ważne, czy mają zaproszenie jakiegoś "wolnego" obywatela Australii, czy mają tu pracę, czy są niesłychanie bogaci i przyjechali do najlepszych lekarzy w kraju. Nie. Władca ustala co wolno, a co nie - i basta.

Jak widać, obie strony mają po trosze racji. Takie stwierdzenie nie jest skutkiem jakiegoś dążenia do "złotego środka", czy próby pogodzenia prawdy z fałszem, lecz wskazaniem niewłaściwego doboru kryteriów (bo spór trzeba przecież rozstrzygnąć, a nie tylko bezradnie przed nim stanąć). Cała sprawa rozbija się o dysponowanie zasobami materialnymi, tj. o możliwość korzystania przez chorych z jakiejś własności. Pierwsza, najprostsza odpowiedź na pytanie brzmi: decyzja należy do prawowitego posiadacza zasobu, do jego właściciela. Jeśli na jakimś terenie mieszka zorganizowana społeczność przyjaciół osób chorych na AIDS, ich świętym prawem jest takowe zaprosić. I nikt się nie powinien do tego wtrącać, bo to nie ich sprawa. A jeśli właściciele boją się zakażenia? Jakim prawem mamy zmuszać ich do przymusowej inkluzji chorych?

Kłopot rodzi się, gdy na miejscu zjawia się państwo - albo dając cudze pieniądze chorym, albo pozwalając im korzystać z cudzego kapitału, w tym dróg publicznych. Zauważmy, że logicznie rzecz biorąc nie byłoby niczym dziwnym, gdyby drogi znalazły się w posiadaniu lokalnych społeczności. Nie jest szczytem wysiłku imaginacji wyobrazić sobie, że właściciele dróg, w ramach własnych wspólnot i dla własnego dobra by się dogadali, konstruując kompromisowe rozwiązania dotyczące korzystania z nich. Może rozwiązaniem byłby akcjonariat, może jeden właściciel i normalna wymiana handlowa z nim, a może oddanie drogi w jurysdykcję wynajętego sędziego lub menedżera? Inne praktyczne rozwiązania bez wysiłku znajdziemy przyglądając się naszej gospodarczej codzienności.

Ale państwo nie próbuje rozwiązywać sporów poprzez oddanie decyzji indywidualnym posiadaczom - samo próbuje być właścicielem, lecz się z tym kryje, udaje, że tak naprawdę to właściciela nie ma (choć ktoś przecież o tych dobrach decyduje), kręci, pozbywa się odpowiedzialności, mataczy, instytucjonalizuje proces zarządzania (przez formalizm do nihilizmu), wprowadza prawny mętlik dla zatarcia śladów, bełkocze niewyraźnie o woli ludu itp. W strukturę tych wszystkich kombinacji wpisana jest konieczność trzymania omotanych społeczności w stanie nieustannego ogłupienia ładnymi hasłami, zasiłkami, dotacjami, ideami, zagrożeniami etc., co kończy się decyzjami, które muszą być odpowiednio hasłowe, chwytliwe i przekonywające.

Dlatego ludność Australii stawia się wyłącznie przed najbardziej prymitywnymi, biegunowymi rozwiązaniami, jak wpuszczać-nie wpuszczać wszystkich, natomiast zupełnie pomija się możliwość zadecydowania o wpuszczeniu-nie wpuszczeniu konkretnego człowieka na teren innej określonej osoby. 

Tymczasem właśnie taka decyzja pogodziłaby interesy wszystkich stron bez pomijania rzeczywistości (a musimy się jakoś światem podzielić, bo jest go za mało, by wszyscy mogli dostać kawałek - mówiąc obrazowo). Stąd, śmiem twierdzić, płynie wniosek, że najlepszym rozwiązaniem nie byłoby ani otwarcie granic, ani ich zamknięcie, lecz coś zupełnie innego - oddanie granic prawowitym właścicielom :)

Tymczasem dziś, godząc się na arbitralne decyzje polityków, nadal tracimy wszystkie normalne, społeczne i po prostu ludzkie niuanse, przestajemy myśleć o tym, co jest wartościowe, a co szkodliwe - czyli przestajemy kalkulować. Zapominamy, że trzeba na szali ważyć indywidualne, ludzkie racje. Depczemy własną unikalność, ignorujemy możliwość pomyłki i sukcesu każdego z nas, wybierając zuniformizowany wybór jednego bytu państwowego. Wszystko uśredniamy, wrzucamy do jednego wora i pozbywamy się odpowiedzialności swą biernością.

Pozostańmy jednak dobrej myśli. Ten nieudolny, niezgrabny i po ludzku głupi system w końcu upadnie. A gdy tak się stanie, zróbmy wszystko co w naszej mocy, by zastąpiła go normalność.

Komentarze (0)
Podłe Święta
 Oceń wpis
   

Podłe te Święta są, nie ma co. Tym razem przestrzegają nas przed nimi ekolodzy, wskazując na prawdziwe złowrogie oblicze pewnych merkantylnych (już tylko przez to wstrętnych) obyczajów związanych ze Świętami.

Tym razem ekologom przeszkadzają... jaja z czekolady. Jak donosi PAP, "za pomocą czekoladowych jajek supermarkety prowadzą ze sobą wojnę cen, walcząc o klienta". Prawdziwa podłość: polepszanie jakości świadczonych usług, obniżanie kosztów (czyli walka z marnowaniem dóbr naturalnych oraz kapitału), pokojowe przekonywanie klientów do skorzystania z oferty, zamiast zwyczajowego zastosowania przymusu, np. w akcjach naruszania własności prywatnej, blokowania i niszczenia osprzętu na cudzych statkach, lub pobór podatków i wysysanie pieniędzy publicznych.

Ekolodzy raczą więc nas iście apokaliptycznymi danymi: "W liczącej ok. 4,5 mln mieszkańców Irlandii spożycie czekoladowych jajek ocenia się na 1 mln kg, co ktoś obrazowo przeliczył na łączną wagę 300 hipopotamów". Oj, spokojnie, nie śmiejmy się za bardzo, okażmy zdrowe pobłażanie. Ale przeliczmy. 1/4,5 = ok. 222 gram per capita, czyli nieco ponad dwie tabliczki czekolady na osobę. Mniej to wstrząsające niż te 300 hipciów, nieprawdaż? Ekologowie kompromitują się dalej: "Głównym obiektem krytyki nie jest jednak ta nieokiełznana konsumpcja"... Och, bo skonam. Cóż to za słownictwo? Rozumiem, że chodzi o to, aby przemycić z góry ustaloną tezę, więc trzeba czytelnika zaszokować. Ale jak już się robi takie niegodne rzeczy, to trzeba je przeprowadzić jakoś z głową. Nie wystarczy po prostu oszukać, wziąć sobie za punkt honoru zmanipulowanie odbiorcy, bo się nie ma odwagi, aby w zgodzie z sumieniem pokazać rzetelne argumenty.

Specjaliści od zdrowia planety (choć nikt nie wie, co to takiego) twierdzą, brnąc dalej, że jeszcze groźniejsze są opakowania. Tony śmieci walają się dosłownie wszędzie, nic więc dziwnego, że nawet dzielne państwo wzięło się za zbadanie sprawy niczym detektyw Columbo: "Władze samorządowe hrabstwa Oxfordshire, ważąc puste opakowania po czekoladowych jajkach ustaliły, iż w przypadku dwóch produktów firmy [cenzura] waga opakowań wynosi niemal tyle co same jajka". Zabawne. Państwo przyszło, państwo zważyło opakowania (zapewnie komisyjnie) i wydało opinię. Tylko na co to komu i po co? Nie wystarczy, że producenci uznali, że takie opakowania są najlepsze? Nie wystarczy, że nie chcą ponosić strat, więc starają się oszczędzać zasoby naturalne i resztę kapitału? Że zrobienie opakowań lżejszych mogłoby być bardziej kosztowne, mniej opłacalne?

Zastanówmy się! Być może musieliby zbudować kolejne maszyny do produkcji nowych, "lepszych" opakowań (z realną szkodą dla środowiska naturalnego)? A może jajka rozpadałyby się w transporcie - i zamiast jeść, trzeba byłoby czekoladę wyrzucić na śmietnik (także szkodząc środowisku)? W przeciwieństwie do dbających o takie realne pytania przedsiębiorców, urzędnikom i ekologom jedynie nie zależy - im wydaje się, że cokolwiek wiedzą o procesie produkcji i o gospodarowaniu. Dlatego z przejęciem podają, że "czekoladowa gorączka wytworzy górę odpadów: 4,5 tys. ton tektury i 160 ton folii". Co z tego, pytam raz jeszcze? Czy to, że pozornie koszty wydają się wysokie, ma oznaczać, że da się lepiej? Jeśli się da, to dlaczego szanowni ekologowie nie zajmą się tym biznesem? Mogliby wyprzeć z rynku wszelką konkurencję, gdyby naprawdę znali sekret tańszych opakowań.

Bez kosztów nie powstałyby żadne potrzebne ludziom towary. Ekologowie nader często zapominają, że jedynym prawdziwym protagonistą ekosystemu jest właśnie istota ludzka. To dla niego powstają budynki, oczyszczalnie ścieków, fabryki, statki, huty, stoły, komputery, krzesła, doniczki, okulary, ubrania i wszystko inne. Wszystkie te rzeczy zdobywane są jakimś kosztem, i wszystkie są mniej lub bardziej potrzebne. Jeśli zablokujemy możliwość jedzenia czekolady na Święta, będziemy musieli zablokować też wszystko inne, wskazując innym ludziom, co dla nich dobre i słuszne.

To jednak nie wszystko. Poza krzywdą martwej oraz nieświadomej natury ekologowie twierdzą, że potrafią również wskazać szkody poczynione ludziom. Twierdzą mianowicie, że "12 tys. dzieci z Mali i Burkina Faso (dawna Górna Wolta) zostało sprzedanych do pracy na plantacjach kakaowca na Wybrzeżu Kości Słoniowej, często przez własnych rodziców żyjących w nędzy. Pracują tam długie godziny bez wynagrodzenia, w zamian za mizerne wyżywienie. Setki tysięcy dzieci pracuje na rodzinnych gospodarstwach w Zachodniej Afryce, często w warunkach niebezpiecznych dla zdrowia i nie ma dostępu do oświaty".

Wyżywienie jest jakimś wynagrodzeniem, więc mamy sprzeczność, mogłoby się komuś wydać. Sprzedaż dziecka przez rodziców jest elementem twardego życia ludzi z Mali i Burkina Faso, bez niego przeżywalność znacznie by spadła, dodadzą inni. Kolejni powiedzą, że niebezpieczne dla zdrowia warunki i edukacja to równie kiepski argument, równoważny twierdzeniom, że każdemu dziecku należy się dostęp do prestiżowych uczelni (może nawet bez ukończenia szkoły podstawowej - w końcu to też jakieś ograniczenie) i brak kształcenia astronautycznego. Cóż, muszę przyznać, że nie mogę się zgodzić na tak proste spojrzenie na ten problem.

Ekologom rzeczywiście przewraca się w głowie, gdy myślą, że najbiedniejsze kraje nie powinny się niczym różnić od krajów bogatych. Przecież bogactwo to zgromadzony kosztem wielkiej pracy i inwestycji kapitał. Ludność krajów ubogich po prostu nie zdążyła tego kapitału zgromadzić. Nie ma go, więc jak można twierdzić, że powinna się zachowywać tak, jakby ten kapitał miała? Głupotą jest twierdzić, że człowiek niedouczony, ubogi i prymitywny ma te same możliwości co człowiek wykształcony, który w wyniku swojej ciężkiej pracy zdobył pewien majątek. Ten pierwszy nie ma zdolności, aby dorównać bogatemu, lecz przecież nikt nie zabrania mu wspiąć się na wyższy szczebel niż ten, na jakim jest. Twierdzenia ekologów, że każdy może od razu pokonać wszystkie przeciwności cywilizacyjne jest kłamstwem, robieniem biednym fałszywych nadziei, a także okłamywaniem co naiwniejszych bogatych, którzy wykładają swoje środki na te szczytne, ale iluzoryczne cele.

Lecz faktem jest także to, że na świecie zdarzają się nieprawości - i należy się im sprzeciwiać. Nieprawością na pewno nie jest bieda, która wynika z faktycznego stanu gospodarki, a nie czyjejś złej woli. Nieprawością jest jednak na pewno zniewolenie dzieci, czyli dosłowne trzymanie ich pod kluczem, oraz uniemożliwianie ucieczki i traktowanie, jakby były przedmiotami. Lecz akurat w tej sprawie przywoływany przeze mnie artykuł po prostu się nie wypowiada. Ekologom, o dziwo, nie przeszkadza więc łamanie wolności, lecz to, że warunki bytu mogą być ciężkie w trochę biedniejszych krajach. A to już jest głupota.

Ekologowie wykazują się niekompetencją również i w innych kwestiach, których zrozumienie wymaga jakiejś wiedzy ekonomicznej. Powracają oto jak bumerang głosy twierdzące, że "wody wkrótce może zabraknąć", ponieważ "nie potrafimy zatrzymać w glebie wody deszczowej i roztopowej. Spływa ona do morza. Problem jest poważny, bo czarne scenariusze pokazują, że w związku z ocieplaniem się klimatu, wody okresami po prostu zabraknie". Nikt - oczywiście - nie chce zastanowić się nad tym, że jeśli jakiegoś surowca zabraknie, to jego produkcja zacznie być opłacalna. Dzięki temu możliwa stanie się jego masowa produkcja i dostarczanie, w tym np. indywidualna budowa zbiorników retencyjnych magazynujących wodę podczas okresów jej obfitości. Światłe ekologiczne umysły proponują jednak, aby zająć się problemem teraz, gdy jeszcze nie istnieje. Tak, właśnie teraz - gdy jeszcze nie jest opłacalny i jedynym sposobem na jego zrealizowanie jest wydanie środków publicznych i zmuszenie rolników do tworzenia niepotrzebnych zbiorników. Najlepiej w tym celu zwiększyć podatki i wykorzystać wojsko i policję. Wówczas środki ludzi przedsiębiorczych, produkujących prawdziwy majątek ludzkości, zostaną skonfiskowane i wyrwane z projektów opłacalnych, na których skorzystaliby wszyscy. Każdy ekolog będzie rad - w Kraju Rad.

Doprawdy, nie śmiem twierdzić, że ekolodzy oraz ekonomiści przygotowujący takie raporty wiedzą co robią, przyszłoby mi bowiem tylko jedno wytłumaczenie na myśl. Otóż fundusze publiczne mają tę cudowną cechę, że nie są wydawane zbyt uważnie. Prywatne pieniądze muszą być wydawane ostrożnie, bez zbędnych analiz, raportów i niepotrzebnych elaboratów. Publicznego pieniądza to nie dotyczy. Stąd liczne granty i rozdawane lekką ręką dotacje, przedłużające egzystencję organizacji ekologicznych i poprawiające byt wielu pracowników akademickich. Nie mogę więc odpowiedzialnie stwierdzić, że autorzy prac wykonanych wokół takiej np. Dyrektywy Wodnej nie są idiotami. Alternatywa nie byłaby wobec nich łagodną...

Komentarze (2)
Dowiedli, że szczęście ważne
 Oceń wpis
   

OECD poucza, że szczęśliwy pracownik jest lepszy niż smutas. Nieszablonową tę tezę powinniśmy w pełni poprzeć. Dzięki takim stwierdzeniom, nareszcie dowiedzionym naukowo (bo statystycznie, a statystycznie to naukowo), ludzkość będzie się miała jak pączek w maśle, ryba w wodzie, nos w twarzoczaszce, bądź też kura w rosole albo krwawy ochłap w maszynce do mięsa.

OECD wykonała, jak widać, kawał dobrej roboty, której potrzebujemy jak niepodległości. Nie wiedząc, że pracownik ubrany, domyty i radosny pracuje lepiej niż pracownik brudny, chory, przemieniony w kubek za pomocą magicznego zaklęcia, obłożony nudną, niepotrzebną robotą papierkową, pracodawca miałby straszliwy - by nie rzec potworny - problem z dochodowością swojej działalności. Bo jak to? Skąd, bidulka, wiedzieć ma, że:

'Im w danym kraju wyższy odsetek zadowolonych ludzi, tym większa pewność, że nowa inwestycja będzie udana. Wskaźnik szczęścia dla ekonomistów jest tak samo ważny jak PKB, inflacja, deficyt budżetowy czy stopa bezrobocia - czytamy w "Rzeczpospolitej"'.

Oczywiście, naiwniak przedsiębiorca nie zna takich mądrości. On zwykł babrać się w błotku swoich przyziemnych spekulacji, miast wznosić się na wyżyny naukowej myszy, eee, myśli technicznej.

Wszystko to ładnie, pięknie, ale warto zadać sobie pytanie o to, po co płacić rzeszom fachowców od obliczania wskaźników szczęścia? Czy warto wydawać masę pieniędzy na analizy naukowców, którzy wcześniej opracowali raport na temat szczęścia dla OECD, a przedtem jeszcze skrobnęli o tym parę prac? Dobrze, dobrze, ręka rękę myje, znamy to wszyscy, ale dlaczego polegać jedynie na starym systemie promowania i dotowania (za niekończące się nigdy pieniądze z podatków) grup naukowców, tworzących tak niesłychanie odkrywcze raporty?

Co sprawia, że pracownik jest szczęśliwy? Wysoka płaca, dobre warunki. Dlaczego więc ograniczać się do biernej roli korzystającego z już istniejącego wskaźnika szczęścia? Pora zrobić coś więcej - pora zacząć własnoręcznie tworzyć szczęście na świecie. A żeby tak czynić, trzeba dawać pracownikom to, czego potrzebują. Wtedy będą niepomiernie zadowoleni, więc nawet i ten durny przedsiębiorca się czego chce dorobi.

Najprostsza metoda to podwyżki. Wystarczy podnieść pensje o trzy zera (czyli o nic), a zyski wzrosną proporcjonalnie do przyrostu szczęścia. Jest to metoda łatwa i skuteczna. OECD odniosło, jak widać, sukces. Innym sposobem na nieograniczone zyski są udogodnienia. Trzeba pracownikom dawać to, czego zechcą i kiedy zechcą bez względu na koszty. Zresztą, pora wreszcie raz na zawsze zapomnieć o tym przestarzałym pojęciu. Ludzie! Czy ktokolwiek jeszcze zwraca na to uwagę? Przecież w dobie agencji budżetowych takie prymitywne kosztowe kryteria tracą wszelki sens. Wystarczy dostać wsparcie z budżetu, spłacić długi i po sprawie!

Wróćmy do tematu. Skoro to tak oczywiste, to dlaczego raport OECD jest tak odstręczający, że o tym piszę? Po pierwsze dlatego, że nie odkrywa Ameryki. Nic nowego nie wnosi, jest bezproduktywny, choć pewnie kosztował krocie - moim kosztem, a bez mojej zgody. Nosi też w sobie zarodek niespełnialnej obietnicy łatwej, lekkiej i przyjemnej pracy dla każdego. Trudno jednak zgodzić się z twierdzeniem, że na wspomniane wyżej podwyżki i inne udogodnienia każdego przedsiębiorcę stać. Co więcej, nie każdy pracownik pracuje lepiej, gdy jest zadowolony. Niektórzy są wydajniejsi, gdy męczy ich stres, gdy się na nich naciska i gdy są wściekli (czego, nota bene, "dowodzą" inne badania, co "jakby" obala tezę OECD).

Zastrzegam, że wcale nie twierdzę, że pracownik powinien pracować w wiecznym stresie. Wręcz przeciwnie. Lecz to jest tak naprawdę sprawa umowy pomiędzy nim a jego pracodawcą - i to te dwie strony muszą ocenić, co jest dla nich najlepsze. Szczęśliwy pracownik z całą pewnością w pewnych warunkach może być bardziej produktywny. Lecz w biznesie nie chodzi tylko o to, aby coś produkować. Cała zabawa na tym polega, aby produkować coś, co będzie więcej warte niż wszelkie użyte przy jego wytworzeniu składniki. Podobnie w przypadku pracownika, który ma wyprodukować więcej tak, abyśmy za to nie przepłacili. Nie każdego pracownika i nie zawsze warto zatem zadowolić.

Lecz jednobiegunowe tezy totalne są łatwiejsze do zapamiętania, bardziej medialne i nośniejsze jako hasła. OECD musi wszak wykazać się jakąś działalnością, dba więc o ciągłe zapewnianie sobie odpowiedniego szumu, dzięki czemu bierne przyzwolenie społeczeństwa na jego działanie umożliwia mu spokojne wydawanie publicznych środków. Jeśli dodatkowo teza pasuje do łatwiejszej propagandowo proletariackiej wizji świata, w której proletariusz może mieć ciastko i je zjeść (być wynagrodzonym za pracę i jednocześnie wypoczywać zamiast pracować), to tym łatwiej przyjąć ją strudzonym "masom" i tym łatwiej odebrać im ich majątek. Inne pytanie, czy będą z takiego obrotu spraw zadowoleni, gdy przyjdzie im liczyć pieniądze na życie.

Komentarze (0)
Mroczne widmo kontratakuje
 Oceń wpis
   

Cimoszko niby wraca. No i co z tego? To w ramach akcji brudne ręce, czy po prostu czerwone chce mieć dobre wejście, bo tak powiedział Mistrz? Wszystko to układa się w pewną spójną, niedorzeczną całość, która, jeśli wypali, a niestety, dzięki wsparciu mediów, najpewniej wypali, będziemy mogli nazwać bezczelnością dziesięciolecia.

Ludzie normalni po takich wyczynach schowaliby się do jakieś mysiej nory, w której oczekiwaliby końca swoich dni. Lecz czerwone jest kozak, czerwone nie pęka. Czerwone dobrze wie, że musi stać u wylotu rury z kasą - bo czerwone samo z siebie nigdy sobie nie poradzi. Potrafi łgać i lżyć, lecz nigdy nie wie, jak zrobić coś tak, by działało. Komuniści wbrew pewnym popularnym przesądom nie są dobrzy w grze rynkowej. Są dobrzy tylko w uprawianiu swojego podstawowego zawodu, czyli wyciskaniu publicznych pieniędzy - stąd publiczno-prawne bajerki są przez nich preferowane, stąd też epidemia nieświeżych, dawno skwaśniałych czerwonych potwor... eee, powrotów.

Lecz zostawmy to. Gdyby nie pewność, że dobrzy ludzie dadzą się oszukać zmasowanej propagandzie, temat w ogóle nie byłby wart uwagi. Gdyby nie sama propaganda, któż chciałby wiedzieć, jaki stary, zapomniany komunista wraca z jakiej puszczy, kiedy i po raz który (trzeci)?

Nikt. Zostawmy to więc i my.

Komentarze (0)
Kwaśne miny i quasi-sensacje
 Oceń wpis
   

Istnieje w świecie dziennikarzy, ale nie ich tylko dotyka, przemożna chęć podążenia zgodnie ze strumieniem, wyłącznie siłą inercji, dzięki czemu niewielkim wysiłkiem będzie można osiągnąć stosunkowo znaczny efekt. Mądrości wschodnich mistrzów lenistwa nie nauczyli się dziennikarze z tajemnych ksiąg, lecz raczej z autopsji, z tej głęboko ukrytej w trzewiach wiedzy o tym, że nie robić nic, to robić wiele.

Teoria chaosu zwulgaryzowana do efektu motyla, efekty synergiczne, magia tłuszczowej diety (dieta Kwaśniewskiego) - wszystko to naturalnie pociąga ludzi na tyle wyrachowanych, by nie przejmowali się niczym i wiedzieli, że pewne tematy to samograje. Ludzie, przykładowo, lubią obżerać się jak świnie, lubią jeść tłusto i dużo. Dziennikarz nie ma prawa dyskryminować - powinien dostosować się do poziomu słuchacza, zniżyć się do bezmyślnej tłuszczy, jeśli w ogóle musi się zniżać. Dziennikarz nie ma prawa pokazywać klasy. Dziennikarz ma się fraternizować. Tylko wtedy marginalny zysk monetarny będzie wyższy, a przecież wyłącznie o niego chodzi.

Zapomnijmy więc, że szlachetność i dobro często okupiona jest krwią. Płyńmy z prądem, nie dając po sobie poznać, że jesteśmy bardziej świadomi niż płynąca martwo kłoda.

Tak oto, uświadomiwszy sobie swą rolę bezwolnego narzędzia w rękach ludzi zręczniejszych, polski dziennikarz podąża za białym królikiem, biorąc świadomie lub nie udział w kampanii reklamowej pewnego skorumpowanego, jak twierdzili niektórzy, i nieprzyjemnego, jak sam twierdzę, polityka. Polityk ów na oczach wszystkich nagle zmienił się z bogatego emeryta w zbawiciela totalnie skompromitowanej lewicy. Wystarczyło, by podjął jedynie taką decyzję, a jego przyjaciele, ogarnięci małpim rozumem, z zachwytu dostali amoku. Niestety, na feromon prezia szczególny brak odporności wykazali dziennikarze...

Wszyscy oni zastanawiają się więc dniem i nocą, co też nowego wymyśli lewacki mojżesz: "Zdaniem dziennikarzy "Życia Warszawy" Kwaśniewski nie popełni błędu Marka Borowskiego"... "Z kolei 'Nasz Dziennik' spodziewa się, że w ciągu dwóch tygodni były prezydent publicznie ogłosi zasady i formułę swojego powrotu do czynnej polityki"... Ogłosi zasady i formułę!!! Prawdziwa sensacja! Aż drżę z podniecenia. "Czy jednak Polacy chcą powrotu byłego prezydenta na scenę polityczną? Odpowiada na to sondaż opublikowany przez 'Rzeczpospolitą'. Wynika z niego, że ponad połowa Polaków opowiada się za powrotem Aleksandra Kwaśniewskiego do polityki". Och, ach! Jeszcze!

Zatrudniwszy speca od marketingu, Kwaśniewski jął sprzedawać siebie, jak to tradycja jego zawodu nakazuje. Posłuszni dziennikarze wnet donieśli, że Kwaśniewski uważa, że jest podsłuchiwany. A konkretniej to myśli, że podsłuchuje go IV RP. W sam raz, aby nikt nie mógł odpowiedzieć na zarzut. Bo IV RP to ani prokuratura, ani Ziobro, ani Kaczyńscy. Ot, Kwaśniewskiego podsłuchuje idea. Idea, myśl, wyobrażenie. Lub mit "widma kaczyzmu", krążącego nad Europą. Jest oczywiste, że "wydawaniom się" Kwaśniewskiego nie towarzyszy nawet cień dowodu, zeznania, nagrania, czy - o zgrozo! - przesłanki.

Nie. Kwaśniewski po prostu wyszedł pewnego pięknego ranka przed oniemiałe z zachwytu grono reporterów, poprawił lśniący zegarek, i wyrzekł z godnością, że mu się wydaje. Dlatego też każdy rozsądny żurnalista chwycił pióro i wyskrobał artykuł, a jego - też każdy - zdrowy na umyśle redaktor przeczytał, przyklepał i puścił tę bombę w świat. Tak to ruszyła maszyna na szynach...

Przymknijmy jednakże na to oko. Prawdziwie kuriozalną gorliwością szacowni dziennikarze wykazali się potem. Oto kilka dni później przeczytaliśmy, że... Kwaśniewski nadal czuje, że jest podsłuchiwany! Nie wierzyłem własnym oczom. Ale tak. Owszem. Dziennikarze poczuli się w obowiązku poinformować czekającą na to ze wstrzymanym oddechem publiczność, że jakiemuś człowieczkowi nadal się wydaje.

Tego samego dnia dowiedzieliśmy się, że Kwaśniewski odbierze elektorat Platformie Obywatelskiej. Jest to pewne, bo ktoś zrobił taki sondaż. Czy zamówił go sam Aleksy, czy jego francuski pomocnik, nie jest jednoznaczne. Jakie pytanie zadano także nie jest pewne. Pewne jest to, że nie ma żadnej partii i że "partia" ta, jako że nie istnieje, nie ma programu, członków, zaplecza, biurokratów, młodzieżówki, a kto wie, czy ma choćby jakiś plan nielegalnego lub legalnego wyciągnięcia budżetowej kradzionki...

Kolejną wstrząsającą, szokującą i elektryzującą informacją, na którą czekali wszyscy wielbiciele Kota Filemona ("Filemon to bardzo ciekawski mały kotek. Co rusz coś mu się przytrafia. Dla młodego kociaka świat jest pełen niespodzianek i wyzwań. Na podwórku i w wiejskim domku przecież tyle się dzieje".) i Misia Colargola ("Miś Colargol wielki cham, miał pół litra, wypił sam / Teraz mu się smacznie śpi i pół litra mu się śni".), był bezspornie sensacyjny news:

Oto Kwaśniewski zaapelował, aby socjalistyczne młodzieżówki walczyły o socjalizm, lepszą Europę i... wartości (?). Faktycznie, warto było, panowie dziennikarze i panie dziennikarki, podejmować ten temat. Dowiedzieliśmy się wielu rzeczy kontrowersyjnych, nowych i niebanalnych. Doprawdy...

Być może jednak mylę się w swych twierdzeniach. Faktycznie, być może apel Kwaśniewskiego miał znaczący wydźwięk, czego dowodem może być występ socjalistycznej młodzieżówki afiliowanej przy SLD. Porzućmy jednak złośliwość. To, że apele Kwaśniewskiego są tyleż znaczące, co interesujące, nie uprawnia nas do zapominania, z kim mamy do czynienia!

Toż to prezydent, była głowa państwa i współtwórca konstytucyjnego gniota! Tak też, aby wykazać się i tą ostatnią zasługą, nasz bohater, wielbiciel tenisa i były minister sportu w komunistycznym reżimie mordującym swych obywateli, musiał przypomnieć o swojej roli, śpiewając unisono z Mazowieckim, swym lewicowym kolegą, o świętej nienaruszalności konstytucji. Obaj, niczym w telepatycznym transie, jęli mówić te same głupoty:

Kwaśniewski / Mazowiecki:

- "Trzeba bronić konstytucji uchwalonej 10 lat temu, jak niepodległości, jak demokracji".
- "Trzeba bronić konstytucji, bo trzeba bronić demokracji".

- "Jest to (...) konstytucja, która pozwoliła przejść długą drogę do Unii".
- "Jak wyglądałaby nasza droga do NATO i Unii, gdybyśmy jej nie uchwalili?"

- "Zagwarantowaliśmy niezawisłość sądów i Trybunału Konstytucyjnego, samorządność, niezależność NBP".
- "To konstytucja uznaje nadrzędność prawa nad władzą. Obrosła orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, mądrym i doniosłym".

- "Ale konstytucja to tylko litera prawa. Nawet najlepsza konstytucja w rękach złych ludzi nie będzie działała. A ta konstytucja pisana była z myślą o ludziach, którzy potrafią współpracować".
- "Należy pamiętać, że konstytucje pisze się nie tylko dla siebie, ale także dla przeciwników politycznych. Dziś problemem jest to, że dobro wspólne Polski nie jest szanowane, że sukces partyjny stawiany jest ponad to dobro".

Zastanawiać się można, jaki jest sens uchwalania konstytucji, w której zastrzega się możliwość zmiany, jeśli sama być ona "groźną dla demokracji" czy być "zamachem stanu". Czekać jedynie należy na raban, który niechybnie podniesie się, gdy politycy opozycji dostrzegą to nowe zagrożenie dla "najwyższego" źródła prawa. Wszak Rozdział XII Konstytucji RP - z pewnością niekonstytucyjny! - nosi jakże kontrowersyjną nazwę: "Zmiana konstytucji". Toż to skandal!!!

Lecz treść tych niespójnych, mętnych narzekań byłych tuzów polskiej gangsterki politycznej nie ma znaczenia. Istotne jest to, aby zamotać w głowach wszystkim tym biednym ludziom, którzy słuchają, co się dzieje gdzieś tam, na górze, poza ich wiedzą i władzą. Chodzi o to, aby dużo i głośno mówiło się o Kwaśniewskim. Ważne jest, aby ten nowy-stary zbawiciel przeprowadził lewicę przez morze czerwone - ku nowej, lepszej przyszłości. Lepiej opłacanej, najlepiej.

Komentarze (0)
UE: Fishing for omnipotence
 Oceń wpis
   

Według części komentatorów, "nasza" biedna, schorowana Unia Europejska przechodzi trudne chwile. Nie dość, że, jak dowcipnie opisuje autor blogu NoTrespassing, Deklaracja Berlińska to niewypał, którym nikt się nie interesuje, to jeszcze, według innych, przechodzi ważne zmiany natury hormonalnej - dokładniej kryzys wieku średniego.

Unia siada zatem przed telewizorem, skrywając coraz bardziej widoczny brzuszek przed kolegami najstarszego syna, i krąży bezmyślnie po eterze, przełączając kanały, szydząc z co ładniejszych prezenterek. Jak twierdzą tuzy dziennikarstwa, "UE jest niezadowolona ze swego obecnego rozbicia i niepewna drogi, jaką ma obrać w przyszłości". Zatem Unia siada, a my patrzymy, co też takiego Unia raczy wymyśleć, by postawić się młodszym i lepszym.

Czego ta Unia nie wymyśli... Pomijając wszelkie kolejne deklaracje liberalizacji rynku, które zawsze kończą się wprowadzeniem nowych regulacji handlu, Unia aspiruje. Tak, ambitna jest, przeto napina się, napręża, wzdyma, zjada kotlety i... aspiruje.

Wiadomo bowiem od zawsze, że obietnica jednoczenia Europy wyłącznie w przestrzeni gospodarczej była jedynie wstępną deklaracją, listkiem figowym, który przykrywać miał prawdziwe marzenia urzędników wszelkich szczebli: potęgę superpaństwa, wizję jednoczenia politycznego głównie (jak szokująco zwięźle, może wręcz prostolinijnie, wyraził to lider frakcji socjaldemokratycznej w Parlamencie Europejskim, Martin Schultz: "Potrzebujemy dalszej integracji politycznej"), od pierwszych przebiśniegów małych decyzji w sprawach polityki antymonopolowej, poprzez niepewne, lękliwe bałakania o "harmonizacji" podatkowej, do nowszych, post-prusaczych gróźb Oświeconej (skojarzenie mile widziane) Kanclerzycy Merkel, sondażowo siejącej skromne chwilowo wizje europejskiej armii.

Oświecona Angela nie jest jednak samotna. O mocarstwowej przyszłości Unii hurraoptymizuje José M. Barroso (proszę mi wybaczyć tego potworka słownego - wydawał mi się jednak na miejscu). Bredziulka nasz kochany José coś o "nieimperialnym imperium", zdobywającym nowe obszary dzięki konsensusowi i zgodzie (pamiętamy wszyscy hojnie opłacaną z publicznych pieniędzy referendalną kampanię reklamową, która zdołała omamić bezmyślne tłumy - ignorując prawo do samostanowienia niegłosujących i głosujących "NIE"), paple też o jakimś poszukiwaniu rozwiązań i - o zgrozo - "europejskim podejściu do spraw energii".

Z kolei "ekonomista" Jacques Attali "prognozuje", że Unia stanie się "superpaństwem" (chciałby!) - a w rzeczywistości eklektyczną zbieraniną chaotycznie dobranych państw i państewek, w tym (sic!) Rosji, Białorusi czy Serbii, zarządzanych przez tzw. "twarde jądro": Niemcy, Francję, Włochy i resztę gerontów. Do tego człowiek ten, niczym szalony kałasznikow (karabin, nie inżynier), generuje (hihihi) ciąg dyrdymałów o prastarej europejskiej tradycji islamistycznej, a całość kończy bombą: "wszystkie te optymistyczne przewidywania spełnią się tylko pod warunkiem, że unijne instytucje będą na tyle silne, by móc przeciwstawić się niszczycielskim siłom rynku" - co mówi "ekonomista". Nic dodać, nic ująć.

W sukurs swym poprzednikom przychodzi Hans-Gert Poettering, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, stwierdzając z mądrą - zapewne - miną: "Jeżeli w dzisiejszym świecie, pokrytym coraz gęstszą siecią wzajemnych powiązań, ktoś gra głównie kartą narodową lub kieruje się egoizmem narodowym, poniesie porażkę. Jeżeli jednak my, Europejczycy, połączymy siły, to zwiększymy nasze szanse na sukces - gospodarczy, społeczny i ekologiczny". Pozwolę sobie spuścić zasłonę miłosierdzia na sukces ekologiczny, za to skomentują odrzucenie egoizmu. Cóż, wraca socjalistyczny argument o altruizmie ponadnarodowym, to jest wraca widmo międzynarodówki, walczącej o wolność, równość i braterstwo. W imię wasze, nie nasze. Rzecz jasna. (Mój sarkazm zaczyna mi powoli przeszkadzać...)

Jedynym zawiedzionym wydaje się nasz własny, postępowy profesorek, czyli niejaki Bronisław Geremek, z wykształcenia historyk. Frankofil ów, owładnięty wizją imperialnej Francji czy innymi, jak zarzucają niektórzy niebezpodstawnie, twierdzi, że Deklaracja Berlińska jest zbyt słaba. Faktycznie, prawdziwy to zawód, bo nie ma określenia wartości, które mają UE przyświecać: "Po pierwsze - niejasne określenie świata wartości i tradycji, z których Unia Europejska się wywodzi. Chciałoby się, żeby było to jasno stwierdzone" (biurokratyczne państwo jako siła etyczna; proszę, proszę, kto by pomyślał, żeby akurat Profesor Geremek reklamował byt ideowo zbliżony do przedoświeceniowego Kościoła Katolickiego, który wtedy jeszcze kitwasił się w przestrzeni politycznej, mówiąc co komu wolno, a co nie - mianując królów bądź zrzucając ich z tronów (dopiero Henryk VIII się postawił, ale to zupełnie inna sprawa); lecz Geremka o brak sprytu posądzić nie można - wszak dobrze wiedział, na co może się zgodzić Francja, a na co nie zgodzi się nigdy, więc jeśli na coś liczył, to na to, co jemu samemu miłe: etyka "praw" człowieka, równość, powszechna fraternizacja... słowem, wszelkie "ideały" współczesnej socjaldemokracji). Czym więc tak naprawdę frapuje się Herr Professor? Odpowiedź nie wymaga żadnej ekwilibrystyki intelektualnej: chodzi o zdogmatyzowanie przestrzeni etycznej przez etatystyczny dyktat poprawnych politycznie urzędników UE. Czyli totalizujące wtargnięcie w prywatną sferę etyki obywateli unijnych narodów.

A co na to UE? Jak na lato:

Uzgadnia definicję budownictwa społecznego (bo wiadomo, najpierw jest hasło, nazwa, a dopiero potem dobiera się do tego jakieś znaczenie - czyli przeciwnie niż w świecie ludzi normalnych).

"Rozdaje" czyjeś (prześwietna kradzionka) pieniądze, nakazując przeznaczyć je na zupełnie bezsensowny cel, jakim jest "ochrona środowiska" - która przecież sprowadza się do konstruowania inwestycji nieekonomicznych, czyli stratnych, czyli marnotrawczych, czyli takich, przez które zasoby naturalne zostają utracone, zamiast służyć przyszłym pokoleniom.

Zakazuje produkcji w imię nieemitowania CO2, znów przetrzebiając środki, które kiedyś będą tak bardzo potrzebne naszym potomkom.

I, na koniec, za co zresztą zbesztano Kanclerz Merkel, wprowadza Deklarację Berlińską cichcem, potajemnie - pewnie aby UE była przejrzysta, jasna, konsensualna, koncyliacyjna, kongruentna i kon... jakaśtam. Czyli jak zwykle: zgrabne hasełka sobie, twarda praktyka przepychanek u władzy sobie.

Komentarze (0)
Prawda, czyli fałsz
 Oceń wpis
   

Biały, czyli czarny, różowy, czyli fioletowy, głośny, czyli cichy, kot, czyli rosomak, prawda, czyli fałsz, podatki maleją, czyli rosną.

Do tej właśnie wielowiekowej tradycji kłamstwa zechciała w swej wybitnej łaskawości wkroczyć (lecz czy po raz pierwszy?) dwa tygodnie temu wicepremier Zyta Gilowska, liberał, czyli socjalistka. (Wówczas nie zdołałem tego opisać, lecz dziś okres martwoty twórczej ustał i jestem gotów do pracy, rodacy, więc wracam do tematu, czyli jego braku, czy coś, czy nic.)

Otóż liberalna minister finansów Zyta Gilowska powiedziała na pamiętnej konwencji PiS, że podatki w Polsce maleją, a sama liberałka uczyniła wszystko, aby tak się właśnie stało, wkładając wręcz tytaniczną pracę w utrzymanie w powrozach pozostałych, łapczywych szefów resortów. Wysiłek jednak opłaci się, gdy gospodarka wzrośnie tak bardzo, że poprzebija swymi wskaźnikami sufity w skromnych domkach bankowych analityków. I tak przebijając, trafi w niebiosa, przekłuwając biedne serduszko Św. Mordotrona, patrona złodziei, morderców i kanibali.

Natomiast socjalistyczny minister finansów Zyta Gilowska, aby wyróżnić się na tle siebie samej, postanowiła podatki zwiększyć, zadość czyniąc jak zawsze arcyważnym żądzom pozostałych ministrów, niezmiennie chętnym wykroić małe co nieco z publicznej kradzionki. Zacytujmy to kuriozum, bo cytatu warte:

"Zyta Gilowska z entuzjazmem przyjęła propozycję podniesienie minimalnej stawki akcyzy na olej napędowy".

Oraz:

"Unia proponuje, aby akcyza wyniosła 380 euro - obecnie w Polsce stawka wynosi między 270 a 303 euro. 'Widzę w tym podejściu liczne pozytywy' - oświadcza Gilowska."
ROTFL!!! Cytat roku! Brawo, Pani minister! (Proszę mi wybaczyć sarkazm, och, jak ja go nie lubię, he, he, he.)

"Polska przy redukcji deficytu, chce głównie wykorzystać szybki wzrost gospodarczy, co zapewni jej wpływy do budżetu". I o to chodzi, i o to chodzi - jak pięknie Wiesław Gołas powtarzał w Hydrozagadce. Jak w każdym centralnym komitecie, gdy kolektyw myślał (wziął i myślał), Pani Zyto... :(

Komentarze (0)
Z pars pro toto o pieniądzach
 Oceń wpis
   

Bardzo cenię Krzysztofa Gottesmana, publicystę Rzeczpospolitej. Ponieważ jestem człowiekiem (odważna deklaracja!) w sposób otwarty stronniczym, a do tego zdecydowanym stronnikiem dyskryminacji wszystkiego i wszystkich ze względu na prawdę (czyli, inaczej mówiąc, tego rodzaju wykluczenia, jakim jest klasyfikacja) oraz stosunek emocjonalny (czyli więcej jestem w stanie zrobić dla ludzi, których cenię, niż dla obcych), to tym większą przykrość sprawia mi krytykowanie płytkości osądu tego znakomitego dziennikarza.

Pisze on bowiem, że nowy pomysł Ministra Gosiewskiego, dotyczący specyficznych form odpłatności za "usługi" "oddawane" lekarzom przez państwo, jest krokiem ku urynkowieniu tychże. Autor felietonu z Rzeczpospolitej brnie jednak w pułapkę, mieszając zawartość merytoryczną rzekomych usług z ich deklarowanym rynkowym ekwiwalentem.

Jakkolwiek trudno nie zgodzić z zadanym w tekście retorycznym pytaniem, "A dlaczego niby mieliby nie płacić [za specjalizację]? - pytam. I to również - czego boi się powiedzieć Gosiewski - za studia", to jednak należy nieco głębiej wniknąć w szczegóły sprawy, by nie popełnić gottesmanowskiego pars pro toto, czyli aby nie uznać, że fragment całości problemu to jego całość.

Błąd ten ukaże się naszym oczom, gdy przyjrzymy się usłudze, jaką jest nauczanie lekarzy. W rzeczywistości domniemana "usługę" okazuje się przeszkodą, a "opłata za nią" jest nowym podatkiem - nie z racji tego, że została wprowadzona przez rząd, lecz dlatego, że jest przymusowa.

- Jak to? - spyta ktoś. -  Przecież nie trzeba być lekarzem, aby zarabiać na życie. Można być pielęgniarzem, sprzątaczem, informatykiem czy posłem. Nikt nikogo do leczenia innych ludzi nie zmusza! - zauważy. Lecz tym samym wpadnie w sidła błędu Gottesmana. Przecież na podobnej zasadzie nikt nikogo nie zmusza, aby był przedsiębiorcą. Nikt nikogo nie zmusza do pracy. A jednak uznajemy bez wahania, że przedsiębiorcy, tak jak pracownicy, są zmuszani do płacenia podatków. Podobnie lekarze są zmuszeni do ukończenia studiów, aby mogli leczyć.

Pars pro toto sprowadza się tu do uznania, że "usługa" polega wyłącznie na szkoleniu, zamiast na (śniadaniowym?) zestawie: szkolenie+zdjęcie zakazu leczenia. W rzeczywistości bowiem jedynie ukończenie zatwierdzanego przez państwo szkolenia umożliwia uzyskanie papieru zdejmującego zakaz leczenia w szpitalach - zarówno prywatnych, jak i publicznych.

Ten element interwencjonizmu państwa obejmuje działalność szkół publicznych i prywatnych. Oczywiste jest, że w warunkach czystego rynku żaden "cywilizowany" klient nie chciałby być leczony przez człowieka nie mającego żadnego papieru potwierdzającego jego umiejętności. Ale co powie rzekomo "niecywilizowany" mieszkaniec ubogiej wsi, gdy spytamy go, czy zaryzykuje leczenie u znachora? Patrząc z wygodnej pozycji ludzi stosunkowo majętnych, trudno będzie nam zrozumieć, że może położyć na szali własne zdrowie. Lecz dlaczego stawiamy się w pozycji jego władców, panów, nakazujących mu z pokorą przyjąć naszą "lepszą" dominację? Kto dał nam do tego prawo?

Ostrze krytyki należy, jak widać, skierować gdzie indziej. Lecz jeśli szkolnictwo byłoby "darmowe" (a może by tak znieść państwowy obowiązek specjalizacyjny, pozwalając właścicielom prywatnych szpitali decydować, kogo uznają za specjalistę - nawet bez państwowego papieru?), to któż zdoła się mu oprzeć, nawet bez przymusu? Któż zdoła się oprzeć pokusie wysysania publicznych pieniędzy z... budżetu...?

Tu leży pies pogrzebany. Dlaczego prywatny byt - firma, przedsiębiorca, mecenas - nie miałby mieć możliwości zasponsorować zdolnego studenta, jeśli tak zechce? Dlaczego studiowanie darmowe ma być złe? Wcale nie musi. Nikt - w tym i redaktor Rzeczpospolitej (swoją drogą, chyba najlepsza gazeta w Rzeczypospolitej, hihi) - mi chyba nie zabroni dać pieniędzy żebrakowi albo, z zupełnie innej beczki, przyjacielowi?

Spieszę zatem z odpowiedzią, wyrastającą nagle na oczywistą: Problem nie w tym, czy ktoś daje coś "za darmo", lecz czy daje pieniądze ukradzione, czy może swoje własne!

Pieniądze na publiczne studia medyczne pochodzą praktycznie wyłącznie z podatków, które pochodzą z przymusu, czyli z grabieży. Gdyby ktoś się na podatki zgadzał, czyż moglibyśmy sprzeciwiać się ich wydawaniu? Niech płoną, niech idą w rozkurz! Toż to sprawa ich posiadacza.

Lecz tu - tu budzi się nasz emocjonalny sprzeciw. Te pieniądze są... nasze. "Wspólne".

Ale "wspólne" decydowanie o materialnej rzeczy możliwe jest tylko wtedy, gdy występuje zbieżność decyzji posiadaczy (choćby uprzednio wspólnie zadecydowali, że liczyć się będzie większość)! Gdy część przyjaciół zgodzi się na pójście do kina, a jeden z nich stwierdzi, że nie idzie, to powiemy, że wszyscy się zgodzili? Nie. A gdy wszyscy oddali parę złotych na "wspólny" fundusz i jeden zapragnie się wycofać, odbierając swoje pieniądze, to czy ktokolwiek zaprotestuje? Nie. Bo są przyjaciółmi. Bo przyjaciele się nie okradają. Lecz gdy w grę wchodzi tak wielka grupa społeczna, że trudno pociągnąć kogoś do odpowiedzialności za kradzież ze "wspólnego" koszyka, o własności się zapomina.

Obawiam się, że pisząc, iż "Jeżeli jednak to państwo, czyli podatnicy, kształci lekarzy, powinno mieć prawo decydować, jak te pieniądze są wykorzystywane", publicysta Rzeczpospolitej użył właśnie tej nie do końca poprawnej emocjonalnej konotacji: "podatki są wspólne".

Lecz nie są wspólne. One zostały ukradzione już wtedy, gdy ukarano pierwszego z nas za ich niezapłacenie. Już nie my wydajemy te pieniądze, lecz czyni to złodziej. Bez naszego wpływu - i lekką ręką - państwo wydaje. I wydaje, i wydaje, i wydaje.

Niech zatem państwo funduje sobie darmowe szkolnictwo, jeśli chce - lecz niech bierze swoje. Wtedy zobaczymy, jak szybko pomyśli o umiarze.

Komentarze (0)
Ideologiczna niechęć wobec własności
 Oceń wpis
   

Ekolodzy stają się nowymi władcami świata. No, przynajmniej małego światka Unii Europejskiej. Kto wie, być może znane, chore pomysły dyskrecjonalnej likwidacji żarówek na terenie UE, groźby wstrzymania finansowania dla 95% projektów infrastrukturalnych - niestety, siłą rzeczy współfinansowanych przez UE - podobnie jak w Rospudzie, czy cała ta idiotyczna koncepcja nagłego "przestawienia się" na energię odnawialną - bez względu na koszty - nie są jedynie dziwnym kaprysem unijnych polityków, lecz całkowicie intencjonalną strategią odebrania nowym członkom Unii ich względnej przewagi ekonomicznej? Kto wie, może musimy przejść przez tę niezwykle kosztowną ekonomicznie "ścieżkę zdrowia" po to, aby nie zagrozić wzrostowi gospodarczemu Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii? Zostawmy jednak te ponure spiskowe wizje. Bez względu na ich prawdopodobieństwo.

To, czy za dzisiejszą psudooszczędność "ekologiczną" zapłacą - i ile - przyszłe pokolenia (a zapłacą przede wszystkim korporacjonizmem i monopolizacją rynku; mniejszym firmom czy rodzinom po prostu nie opłaca się inwestować wszystkich środków w rzekomo superopłacalne oświetlenie - zamiast tego wolą rozwijać się stopniowo, lokować te same pieniądze w edukację, jedzenie, opłaty za czynsz, nie ryzykując własnym bezpieczeństwem; teraz stanie się to trudniejsze, bo wszyscy zostaną zmuszeni do znacząco wyższych wydatków bieżących kosztem (ich zdaniem lepszych!) inwestycji, przez co de facto zwiększy się konsumpcja kapitału przy niezmienionych środkach na jedzenie i inne wydatki "sztywne"), jest bardzo istotne, ale może mniej ważne niż spowszedniałe deptanie prawa do decydowania o swojej prywatności, o swoim ciele, zdrowiu i życiu (rzecz jasna, w ramach nigdy nie przebrzmiałego Kulturkampf Trybunał w Strasburgu tego samego "prawa do prywatności" broni w sprawie Alicji Tysiąc - przy czym nikt nie broni prawa do prywatności poczętego dziecka).

Przykładem tego chamskiego włażenia w czyjąś prywatność, przykładem niezwykłej buty, pychy, zarozumialstwa i bezczelności jest zachowanie "społeczności" kształtowanej przez Gazetę Wyborczą, która jak chorągiewka przegina się zależnie od celu ataku. Tym razem padło na własność prywatną pewnego redemptorysty. Biedaczek zawinił - czego nie znajdziemy w tekście artykułu, co jasne jak słońce - tym, że jest dyrektorem jakiegoś tam koncernu medialnego działającego w Toruniu. Pretekstem jest co innego - społeczna użyteczność terenu, którego dysponentem ma się stać ksiądz.

Nikt wszak nie postarał się wysunąć argumentu, że tereny tak naprawdę nie należą do ich nowego pana.

Nie należą też do ekologów, wędkarzy i spacerowiczów - śmią oni jednak żądać, by zrobiono z tym obszarem to, czego chcą oni, a nie przeciwnik polityczny środowiska publikatora. Jakie mają do tego prawo? Takie jak ich antagonista, czyli żadne. Wszyscy jednak zgadzają się, że to niby teren prywatny znanego torunianina. Zgódźmy się i my. Przecież ogólności mojego twierdzenia nie zmniejszy fakt, że nie ma tu prawdziwej własności prywatnej, jeno zawsze szkodliwa gra o kradzionkę, czyli teren "wspólny". Ojciec z Torunia wszak kupić by mógł go i prywatnie. Jeśli zechcemy, zmienimy w myślach właściciela i przyznamy teren spacerowiczom, wkurzając się na przykład na wędkarzy.

Zatem świeżo upieczonemu właścicielowi zabrania się postąpienia ze swym terenem wedle swojej przyjemności - wedle jego prawa do władania tym, co jego, jego własnością. Nie podoba się to bowiem tym, którzy właścicielami nie są. Cudowna, bo niemalże co minutę zachodząca rezurekcja etyki kalego (a może nietzscheańskiego nadczłowieka, Uebermenscha), zgodnie z którą ekolodzy mają wyższe prawo do dysponowania cudzym majątkiem niż sam majętny, nie zadziwia. Ustalili przecież już wcześniej, że etyczne jest jedynie to, co interesuje ich właśnie: ad hoc przyjęte dobro ptaszków, świerszczy i innych zwierzątek-właścicieli, które wypowiedzieć się nie mogą, lecz których samozwańczymi metatronami (Głos Boga ze znakomitego filmu Dogma) ogłosili się bojownicy zielonych sztandarów.

Cóż z tego, że jest to jedynie punkt widzenia ekologów? Cóż z tego, że na tej samej zasadzie kieszonkowiec może przyjmować za uprawniony punkt widzenia dobro przedmiotów metalicznych i papierowych - także nie mogących się wypowiedzieć - o które sam najlepiej zadba, wyjmując je zręcznie z naszych kieszeni? Istotne jest to, że ekologowie od pewnego czasu czują się na tyle dobrze, że mogą ukraść w biały dzień decyzję o czyimś mieniu, decydując o losie zarówno augustowian, jak i znienawidzonego kapłana - i robią to w imieniu niemej, bezwolnej przyrody, która wartość może zyskać tylko w ludzkich oczach.

Komentarze (0)
Zarabiasz poniżej 1600 - wylatujesz
 Oceń wpis
   

Anna Kalata obiecała niedawno, że każda osoba, która zgadza się zarabiać poniżej 1600 PLN miesięcznie, wkrótce wyleci z pracy i zatrudnienia już nie znajdzie. Wszystkie osoby szukające pracy, a które nie mają wystarczających kwalifikacji, aby zarabiać ponad 1600 złotych, pracy nie znajdą. Młode małżeństwa, samotne matki, studenci - wszyscy oni znajdą się w niezłych tarapatach. Bezrobocie powinno jeszcze długo pozostać dwucyfrowe, najlepiej sporo wykraczając poza dotychczas niewyobrażalny wskaźnik trzydziestoprocentowy (albo i więcej, jeśli się da).

Te i inne obietnice minister Kalaty da się wbrew pozorom względnie łatwo urzeczywistnić, być może nawet - dzięki wsparciu nieocenionego dla zabezpieczenia każdej współczesnej demokracji wojska i policji - do minimum obniżając wielkość protestów oraz liczbę ewentualnych ofiar śmiertelnych.

Pomysł jest prosty.

Fraulein Kalata chce zrobić prezent wszystkim wyborcom (oczywiście z czystego altruizmu państwowotwórczego!), podnosząc miesięczną płacę minimalną do poziomu 1600 złotych. Mówiąc inaczej, chce zakazać pracy poniżej swoich własnych oczekiwań.

Skąd takie wnioski? Ano stąd, że pensja np. 1000 złotych miesięcznie nie bierze się znikąd, lecz jest skutkiem targu zachodzącego między pracodawcą a pracownikiem. Tak - targu, bardzo podobnego do sprzedaży na jarmarku. Kupując lub sprzedając dany przedmiot zawsze staramy się osiągnąć jak najlepszą cenę, zwykle oscylując według jakiejś rynkowej wielkości: np. śmietanę można kupić za 2 złote, a Mercedesa klasy S za wiele tysięcy złotych. Wynika to z tego, że ziemniaki stosunkowo łatwo zrobić, jest ich dużo i jest odpowiedni popyt. Mercedesy są, czego może nie wie jaśnie oświecona minister Kalata Anna, trochę bardziej skomplikowanymi maszynkami, które trudniej zrobić i trudniej sprzedać. Tak, tak, może być to szokiem, ale ziemniaków sprzedaje się na świecie więcej niż Mercedesów. Głowa mała!

Pomysł pani minister jest podobny do pomysłu zakazu sprzedaży ziemniaków w cenie niższej niż sprzedaż Mercedesa S. Skutek będzie taki, że różne prace, różnie przez rynek wyceniane, gwałtownie spotkają się z glebą na poziomie 1600 złotych. Od tej pory nie zostanie zatrudniony żaden informatyk, mechanik, budowlaniec, pracowniczka sieci szaletów miejskich, zbieracz śmieci, człowiek klejący na słupach reklamy etc., jeśli jego praca nie utrzyma pensji 1600 złotych. Wyceny pensji te nie są bowiem wyjmowane z sufitu przez szefa, lecz kalkulowane tak, aby były jakoś tam opłacalne. Na przykład minister Anna Kalata, choćby nie wiadomo jak długo pracowała, jak bardzo się nad kolejnymi genialnymi projektami nie napociła, to swoją pracą nie przyniesie np. biliona złotych dochodu premierowi. Czy minister Kalacie się to podoba, czy nie, premier biliona jej nie da, koniec i kropka.

Tak samo z pracownikami, którzy po prostu nie wypracowywują więcej niż 1600 złotych (+ zysk przedsiębiorcy, podatki z jego strony itp.). Ich wszystkich czeka bezrobocie lub zbawienna (choć niebezpieczna dzięki błogosławionym policjantom, kontrolerom, więzieniom itd.) szara strefa. Thanks to you, miss Kalata.

Komentarze (0)
Lingwistyczna ekonomia
 Oceń wpis
   

Unia Europejska ma swoje wszechmocne i wszechobecne prawa, a jednym z tych praw jest komisariat (nie policji). Komisariat jest jak taka bardzo interesująca gra komputerowa typu Arkanoid. Jej założenia są proste: latamy sobie wesoło po caaałym wielkim kosmosie w pojeździe zabawnego komisarza/komisarki UE i musimy strzelać do niekończącej się ilości pojemniczków z funduszami euro. Aby gra nie była zbyt nudna, istnieją przeciwności:

1) ograniczenie czasowe - bo kiedyś UE zbankrutuje (biorąc pod uwagę jej ślamazarne tempo rozwoju gospodarczego, coraz bardziej hamujące ów rozwój regulacje oraz cywilizacyjną zapaść libertyńskiego modelu społecznego anything goes),

2) ograniczenie typu government legitimacy - nie wolno zestrzelić zbyt wielu pojemniczków naraz, gdyż spowoduje to spadek biernego poparcia kosmosu dla naszych zabawnych galaktycznych eskapadek, które ów kosmos musi za każdym razem fundować; chodzi o to, aby nie rozwiać przypadkiem złudzenia biernego dotąd kosmosu, że cała ta szalona strzelanina ma sens,

3) ograniczenie typu boredom, czyli inaczej nudnościowe - polega ono na tym, że do pojemniczków z euro jest mało amunicji, bo generalnie... nie wiadomo, co by tu spieprzyć, panowie. Owszem, niby zawsze można znaleźć jakiś ciekawy temat, aby doń postrzelać, ale ileż można, do diaska!

Właśnie przed problemem typu boredom stanął dzielny bojownik kosmosu, unijny komisarz d/s wielojęzyczności Leonard Orban. Z nudów zrobił raport, który stwierdza, że 11 proc. aktywnych w eksporcie małych i średnich przedsiębiorstw w UE z powodu barier językowych traci okazję zawarcia intratnej umowy. Średnio przez trzy lata tracą na tym co najmniej 325 tys. euro.

ROTFL!

Nie wiem, jakiej metody ekonometrycznej użyli wynajęci przez kosmonautę Orbana eksperci, ale wiem, nie da się sprawdzić bez zgadywania, że 11% firm nie podpisało intratnych kontraktów. Po pierwsze dlatego, że nikt nie spisuje niezawartych kontraktów, szczególnie tych tak bardzo potencjalnych, że nikt o nich nawet nie pomyślał. Po drugie dlatego, że nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy te niezawarte umowy byłyby faktycznie zyskowne.

A jak sprawdzili, że firmy straciły przez to 325 tysięcy euro??? Czy podliczyli umowy, które zawarto zamiast tych niezawartych? A może przedsiębiorcy po niezawarciu umowy wszystkie pieniądze i środki produkcji palą w piecach i ich nie wykorzystują? Jedyna strata, jaką ponoszą, to różnica między zyskiem na każdym euro z umowy niezawartej a takim zyskiem z umowy zawartej zamiast kontraktu wielojęzycznego. A potem można jeszcze próbować obliczać, jaka była strata z tytułu niezainwestowania pieniędzy, których nigdy nie zarobili :)

Tego się nie da zrobić. Ale dzielni funkcjonariusze UE znaleźli rozwiązanie: ANKIETY... cóż, ta precyzja poraża.

Kosmiczny komisarz z nudów urodził jednak PLAN. Otóż Orban zapowiedział prace nad unijną "strategią na rzecz wielojęzyczności", która ma być gotowa w roku 2008 i "odzwierciedlać wymiar polityczny wielojęzyczności w UE" i służyć zachowaniu "różnorodności językowej, która jest codzienną rzeczywistością UE". Bełkot pierwszej klasy!

Czego możemy się spodziewać? Dzielny komisarz dał przedsmak swego niewątpliwego geniuszu racjonalizatorskiego: Jego zdaniem znakomitym narzędziem może być oglądanie zagranicznych filmów, o ile są zaopatrzone w napisy. Zadeklarował się jako przeciwnik popularnego w wielu krajach Europy dubbingu oraz filmów z lektorem.

I to na poważnie!!! :)))

Komentarze (0)
Jak ratujemy się przed kapitałem? (4 przypadki)
 Oceń wpis
   

Zgodnie z obietnicą, dziś skomentuję kilka mniej intuicyjnych przykładów przenikania sfery nakazu, zakazu, ordnungu, przemocy i zwyczajowej dawki pozbawiania ludzi godności i prawa do samostanowienia.

W poprzednim wpisie zdążyłem jedynie wymienić kilka informacji ze świata, które wymagają nieco szerszego wyjaśnienia. Z pozoru są to rzeczy niezależne od działalności państwa lub mają mało z nim wspólnego:

  • Słowo "mama" na cenzurowanym:
    Służba zdrowia w Szkocji zaleciła personelowi przychodni i szpitali unikania słów "mama" i "tata". Uznała, że obrażają one homoseksualnych "rodziców".

Tutaj mamy przynajmniej kilka klas wpływu. Pierwsza, która jest najbardziej oczywista, to kwestia własności szpitali. Choć oczywiście każdy szpital, prywatny i nie, mógłby teoretycznie coś takiego wymyślić, to jednak przez sam fakt, że pacjenci nie mają wielkiego wyboru (bo mamy nierówną konkurencję ze strony pseudodarmowych szpitali publicznych), mamy tu do czynienia z czystej wody przymusem administracyjnym, nakazującym traktować dzieci rodziców, którzy nie są chorzy na homoseksualizm, tak, jakby byli dotknięci tą przypadłością.

(Wszystkich urażonych przepraszam za odniesienie do uroczo staromodnego konceptu normalności, zgodnie z którym takie "style życia" lub też "preferencje seksualne" jak erotomania, masochizm, sadyzm, pedofilia, ekshibicjonizm, transwestytyzm, socjopatia, dagerotypia, spinaczyzm i - ech, żarty, żarty, wieczniem niepoważny! - nekrofilia były traktowane jak odstępstwa od pewnej przyjętej normy.)

Jest to przykład odebrania podstawowego prawa do dyskryminacji.

- Co??? - zakrzykną niektórzy. Cóż powiedzieć, świat nasz tak zbaraniał, tak bardzo spowszechniał, spluralizował się, rozmył i ograniczył do smutnej zerowymiarowości, że aż zagubił w mrokach niepamięci więdzę o wszelkich nie tyle pozytywnych, co wręcz niezbędnych do przeżycia gatunku zaletach dyskryminacji, czyli inaczej wykluczenia. Ba, nawet geje poniewczasie oberwali rykoszetem, gdy okazało się, że nowa ustawa fraternizująca wszystkich pod policyjną pałą będzie Nemezis dla ich własnych klubów, dla ich "stylu życia". Skoro bowiem wszystko musi być socjalistycznie zunifikowane, to i oni sami nie mogą wyprosić niechcianych heteroseksualistów z klubu.

Dyskryminacja to więc nie nienawiść, i nie niechęć. Dyskryminacja to podstawowe prawo człowieka do jego własności. Gdy nie chcę, by do mojego domu wchodził włamywacz - dyskryminuję. Jeśli nie życzę sobie obecności cuchnącego pijaka, wypraszam go - dyskryminuję. Jeśli właściciel kafeterii wyrzuca za drzwi awanturnika, aby chronić swoich gości - dyskryminuje. Gdy policja skuwa mordercę - dyskryminuje. Osiedlając się niedaleko czarnoziemów, dyskryminuję gleby jałowe. Wybierając twierdzenie o trzech ciągach, dyskryminuję jego zaprzeczenie. Wybierając prawdę, dyskryminuję fałsz. To, mówiąc w skrócie, pozytywna rola dyskryminacji.

Jeśli chodzi o coś, o czym myślę, że jest negatywną formą dyskryminacji, to np. dyskryminowanie przez pracodawcę dobrego pracownika ze względu na nieistotną dla jego pracy cechę. Powiedzmy, że przedsiębiorca nie lubi kobiet, więc wyrzuca dobrą pracownicę. Skutek jest taki, że znajduje ona pracę u konkurenta (nie biorę na razie pod uwagę "przywilejów" pracowniczych, które utrudniają zatrudnianie), który uzyskuje przewagę nad idiotą mizoginem. Tak mniej więcej wygląda mechanizm karzący ludzi za ich głupotę w dyskryminowaniu. Lecz są tacy - nazwę ich, by z nikim się nie kojarzyli, ustawodawcami - którzy chcą dyskryminować niektórych głupich przedsiębiorców. Ustalają więc prawa utrudniające zwalnianie np. kobiet. Ale mądry przedsiębiorca, który nie jest mizoginem, nie wie, czy zatrudnia dobrą pracownicę, czy kiepską. Ponieważ ryzykuje, musi wybrać między ryzykowaniem przyszłością rodziny a zatrudnieniem nieznanej osoby. Boi się więc zatrudnić kobietę, szczególnie, że została dopiero co wyrzucona z poprzedniej pracy. Patrząc na to, dobroduszni ustawodawcy uchwalają jeszcze ostrzejsze regulacje, koło się więc zamyka, zwykle więżąc młode bezrobotne kobiety.

  • Restauracje chcą karać za nieskończenie posiłku:
    Właściciele hongkońskich restauracji wprowadzają kary finansowe dla osób, które nie skończą podanych im dań. Ma to zapobiec marnotrawieniu jedzenia - informuje w środę dziennik "South China Morning Post".

 To chyba najmniej dowodliwy przypadek. Nie sądzę, aby postawienie na końcu łatwego CBDU było możliwe. Tak czy siak, zdecydowałem się go tu umieścić, gdyż dobitnie wskazuje źródła oraz pewne mechanizmy skłaniające nas do wiary w etatyzmy.

Najpierw zadajmy sobie proste pytanie: Czy przedsiębiorcy faktycznie z własnej inicjatywy zdecydowali się na ustanawianie kar dla klientów, w ramach swojego autonomicznego prawa do dyskryminowania ludzi jedzących przy ich stołach? Pomysł jest jednak absurdalny i niepraktyczny, o czym świadczy choćby fakt, że "ma jednak [on] niewielkie szanse na powszechne stosowanie, ponieważ restauracje prawdopodobnie będą się obawiały utraty klientów". Jasne że będą! Tylko faszyści gastronomiczni są w stanie obżerać się tylko po to, by wchłonąć wszystko, co na talerzu. Innych klientów zachęca przecież wygoda: atmosfera, możliwość odpoczynku, rozmowa, wolność wyrzucenia części jedzenia, które nie smakuje, bez tłumaczenia się gospodarzowi itd itp., a nie groźby kar finansowych za niedostosowanie się do wymogów dietetycznych restauratorów.

O wiele prostszym sposobem "karania" klientów jest wzrost ceny lub takie sztuczki jak sprzedaż żywności na wagę. Wszystko to nie zapobiega pozostawianiu kości, pestek czy innych niejadalnych odpadów, ale groźby dodatkowych opłat i tego nie zmienią. Istnieją też takie mniej przyjemne, ale uskuteczniane przez uboższe jadłodajnie metody jak wykorzystywanie resztek przy "akcie kreacji" ;) nowego posiłku, lub odsprzedaż instytucjom charytatywnym, rolnikom etc. etc.

Pomysł, aby karać klientów za niejedzenie resztek musi mieć więc raczej przyczyny psychologiczne lub prawne. Z jednej strony, psychologiczne, ponieważ właściciele restauracji również mogą wyznawać religie socjalistycznej ekonomiki, wierząc, że przymus jest właściwą odpowiedzią na wolną wolę. Mogą uważać, że wprowadzenie nakazu i zmowa restauratorów przybliży właściwy porządek rzeczy. Lecz etatyzm w tej (quasi-prywatnej; etatyzm nie jest możliwy bez niszczenia czyjejś własności - w tym przypadku może być to uniemożliwianie wejścia na rynek nowemu restauratorowi) czy w innej (państwowej) formie zawsze skutkuje koniecznością eskalacji interwencjonizmu i w konsekwencji katastrofą.

Z drugiej strony mogą być - i bardzo prawdopodobne, że są - konkretne przyczyny prawne. Wystarczy, aby państwo nakazało restauratorom "utylizację groźnych odpadów" poprzez wywóz na wysypisko śmieci (zamiast użycia metod wymienionych wyżej), zakazując np. oddawania żywności biednym, jak to miało miejsce u nas. Problem może sprowadzać się do rygorystycznych przepisów regulujących kwestie higieny w takich miejscach, nakazujących traktować każdy niezjedzony fragment jedzenia jako śmieć, który ma być natychmiast zutylizowany. To wszystko mogą być regulacje wprowadzone w czasach histerii ptasiej grypy. Trudno powiedzieć, nie znając miejscowych uregulowań prawnych. W tym przypadku, jak powiedziałem, wpływ państwa wydaje się być prawdopodobny, ale nie jest udowodniony.

Pewne jest natomiast to, że zachowanie restauratorów nie jest mądre i jego przyczyny leżą najprawdopodobniej poza rynkiem - w ludzkim błędzie, głupocie - a jeśli nawet tak nie jest, to i tak zostaną przez rynek negatywnie zweryfikowane - na co już teraz się zanosi. Dla nas najważniejsze niech będzie zarysowanie podstawowych problemów wywoływanych przez państwo, nawet jeśli nie są tu one obecne (w Polsce akurat obecne są!).

  • "GW": Nie ulegniemy groźbom ministra Ziobry:
    - Opinie "Gazety Wyborczej" na temat sprawy kardiochirurga Mirosława G. można interpretować jako próbę wpłynięcia na bieg śledztwa - powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w Programie I Polskiego Radia. - Minister Ziobro próbuje zastraszyć i zakneblować wolną prasę - ripostuje Piotr Stasiński z "Gazety".

To, to żaden węzeł gordyjski nie jest, i rozwiążemy ten supełek szybko. Z jednej strony mamy prokuratora generalnego, który może sobie bezkarnie każdego oskarżyć o przestępstwo, które najwyżej da wynik negatywny. Nikt nie poniesie odpowiedzialności, wszystko zostanie w politycznej rodzinie. Z drugiej strony mamy Gazetę Wyborczą, medium, które robi wszystko, aby udowodnić postawioną z góry tezę. Idiosynkrazję albo zwykłą nienawiść GW do obecnych władz widać gołym okiem, podobnie jak imperatyw kategoryczny obrony wszystkiego, co żyło w PRL (+ wątła skorupka ogólnego potępienia systemu, lecz nigdy prawdziwych żywych ludzi, pomieszana z systematycznymi pochwałami "szczytnych" systemów sprawiedliwości społecznej). Czy GW faktycznie broni układu, czy nie - nie wnikam i nie chcę wnikać, bo bym się uwikłał w dowodzenie za pomocą poszlak, a do tego cierpliwości mi brak. Ważne jest to, że uwikłało się w zwalczanie jednej ze stron systemu politycznego i faworyzowanie innych. Pomagając w ten sposób politykom, korumpuje ich oraz siebie; zamiast służyć swoim klientom, stara się ich zdominować i uzyskać polityczne wsparcie dla rządów innych grup, które ich zdominują. GW walczy na rzecz jakiegoś rodzaju władzy i nie sądzę, aby na tym nie korzystali.

  • Demograficzna bomba tyka:
    Rządzie, tego nie można już tak sobie zostawić. Nie można chować głowy w piasek. Polska zaczyna się starzeć. Także przez przywileje emerytalne.

"Rządzie, tego nie można już tak sobie zostawić". Zabawne, tak ogniem ogień chcieć gasić. Te wszystkie koszty pracy, te regulacje rynku pracy, te płace minimalne, te stosy papierów dla urzędów skarbowych, te podatki od dochodu, te podatki od spadku, te ograniczenia sfery własności, te wcześniejsze emerytury, te renty, te wypłaty dla bezrobotnych, te cła, te regulacje, te kontyngenty, te ok. 40% PKB poświęcone budżetowi. Ta demokracja: to głosowanie co 4-5 lat, ta hodowla głupoli w państwowym systemie edukacyjnym, tych zadowolonych z ignorancji ciamajd wyznających ślepą wiarę w opiekuńczą rękę państwa, która załatwi wszystko, ureguluje wszystko; to prawo stanowione, mające być remedium na wszelkie bolączki niedomagających rodzin.

Problem jest skomplikowany, ale nie przez brak śladów prowadzących do państwa, lecz szczególny ich natłok. Potrzeba nam jakiejś koherentnej klasyfikacji, więc przedstawię dość ubogi zarys propozycji takowej:

1. Likwidacja potrzeby urodzenia potomka:
a) zlikwidowanie bodźca ekonomicznego w postaci niepewnej przyszłości - ponieważ system emerytalny okradający przyszłe pokolenia czuwa nad nami, dobrze wychowane dziecko przestaje być warunkiem spokojnej starości,
b) podatki spadkowe oraz od własności uniemożliwiające przekazanie życiowego dorobku potomkowi "sterylizuje" potencjał pokładania w nim naszych nadziei - czy to ambicjonalnych (exegi monumentum w postaci sprawnej firmy), czy związanych z wizją spokojnej starości pod ich opieką,

2. Oddalenie potomka od rodzica, dematerializacja więzów rodzinnych:
a) system edukacyjny detronizujący rodzica, unieważniający jego władzę i autorytet, sprawiający, że dziecko nabywa od aparatu państwa pajdokratyczne prawa, zezwalające mu na przymusowe introdukowanie do rodziny obcych kontrolerów, choć nie jest dość dojrzałe, by ocenić ich działania,
b) poprzez osłabienie materialnych więzów spadkowych i możliwości innych materialnych darów serca od rodzica dla dziecka, rozwadnia się różnice rozwojowe pomiędzy dziećmi z różnych rodzin, a ich standaryzacja/normalizacja skutkuje dalszym oddaleniem dziecka od rodzica, ze szczególnym uwzględnieniem zaniku tradycji rodzinnych,
c) demokracja (na wiele sposobów, niemożilwych do wymienienia tutaj) sprawia, że zyskowny dla władz staje się system życia poświęconego chwili obecnej, bez poszanowania myślenia perspektywicznego; najbardziej preferowany jest człowiek nie wykraczający myślą poza wybory, bierny, nie podważający hasłowej władzy demokratycznej, żyjący chwilą obecną, nie przejmujący się przyszłością - ten bowiem zacznie chcieć inwestować, prowadzić działalność na własną rękę zamiast funkcjonować jako bierny element masy (polecam tu obszerne, choć nieco chaotyczne - tym niemniej nieporównanie doskonalsze niż ten strzęp tutaj - studium problemu autorstwa H.H.Hoppego pt. "Demokracja - bóg, który zawiódł"),

3. Aktywne zniechęcanie do posiadania dziecka (poprzez powiększenie preferencji czasu na rzecz konsumpcji, a przeciw inwestycji w dziecko, czyli w skrócie: im mniejszy nasz dochód, tym mniej czasu zostaje na wychowanie dziecka):
a) podatki dochodowe, przez które więcej uwagi musimy poświęcać pracy niż inwestowaniu w wartości bardziej długofalowe, czyli np. dzieci,
b) ograniczenia rynku pracy, skutkujące zaniżonymi pensjami, większą niepewnością rynku pracy, czyli zagrożeniem bezrobociem, co dotyczy szczególnie młodych potencjalnych matek - to wszystko powoduje, że nie możemy sobie na dziecko pozwolić,
c) w ogóle wszelkie etatyzmy godzące we własność materialną ludności.

Komentarze (0)
Kto nas wybawi od kapitału?
 Oceń wpis
   

Tytułowe pytanie stawia nam Die Zeit, a za nim przedrukowywuje Onet, szyderczo ;) umieszczając w linku słowo "biznes".

Nie mam wielkiej ochoty cytować tego artykułu; link do niego już podałem. Streszczę jedynie szybciutko: Chodzi o to, że liberalizm zbankrutował. Wszystkie państwa we wszechświecie powprowadzały gigantyczne, horrendalne, wstrząsające i drakońskie megareformy ultraliberalne, które zakończyły się totalną klęską - ba! Apokalipsą kapitalizmu.

Tak. Już nie ma kapitalizmu, zostały jeno zgliszcza. Wszystkiemu winne dramatyczne obniżki podatków, znoszenie wszelakich granic dla handlu, obostrzeń i regulacji. Tak uwolniony rynek się nie sprawdził, jest wielka klapa.

Ochłońmy nieco... dość już śmiechu...

Ok, przeboleję to, że alterglobalistom wydaje się, że wpędzanie kolejnych krajów w długi poprzez udzielanie im bezsensownych pożyczek (finansowanych "dzięki" podatnikowi na zachodzie) to szczytowe osiągnięcie wolnego rynku. Zbędę nawet milczeniem pomoce międzynarodowe (Ropa za żywność, czyli, (ponure) hahaha, ropa za broń dla Saddamka), które nieustannie trafiają do rąk lokalnych aparatczyków. Pominę usilne wprowadzanie przez zachód do państw trzeciego świata kompletnie przedwczesnych "cywilizowanych" standardów pracy skutkujących raptownym wzrostem kosztów produkcji. Nie wspomnę ani słowem o stałym i niezmiennym wzroście realnych obciążeń podatkowych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, a może i nawet wieku. Będę milczał jak grób o inflacji monetarnej, po cichu kradnącej nam pieniądze z portfeli. Nic nie powiem o utrzymywaniu ceł zaporowych na najważniejsze produkty trzeciego świata, np. żywności.

Nie, nie powiem o tym nic. Ja po prostu powklejam to, co mi trafiło do rąk w ciągu ostatnich dwóch dni.

1. Premier walczy z chińskimi truskawkami:
Apelujemy o dalsze tępienie importu mrożonych truskawek z Chin i utrzymanie na granicach Unii Europejskiej wysokich ceł na te owoce. Jeśli Unia zniesie te cła, pracę straci sto kilkadziesiąt tysięcy Polaków - napisał w liście do przewodniczącego Komisji Europejskiej premier Jarosław Kaczyński.

2. I po aptekach (internetowych):
Posłowie koalicji odrzucili rządową propozycję, aby zalegalizować sprzedaż leków przez internet. Zdaniem PiS, Samoobrony oraz LPR taka działalność jest groźna dla bezpieczeństwa pacjentów.

3. Słowo "mama" na cenzurowanym:
Służba zdrowia w Szkocji zaleciła personelowi przychodni i szpitali unikania słów "mama" i "tata". Uznała, że obrażają one homoseksualnych "rodziców".

4. Misję w Afganistanie przygotowywał hochsztapler?:
Pracowałem dla bezpieczeństwa żołnierzy - tak broni się były esbek, współpracownik WSI, opisany w raporcie Antoniego Macierewicza jako hochsztapler, który - zamiast przygotowywać misję w Afganistanie - miał wyłudzać pieniądze.

5. Restauracje chcą karać za nieskończenie posiłku:
Właściciele hongkońskich restauracji wprowadzają kary finansowe dla osób, które nie skończą podanych im dań. Ma to zapobiec marnotrawieniu jedzenia - informuje w środę dziennik "South China Morning Post".

6. USA chcą opuścić Irak "z honorem":
Wiceprezydent USA Dick Cheney oświadczył w środę, że Stany Zjednoczone chcą zakończyć operację w Iraku i "wrócić z honorem" mimo gwałtownie spadającego poparcia dla tej misji w USA i wśród ich sojuszników.

7. Groźby Rosji zbliżają Polskę i Czechy do USA:
Rosja ostrzegła Polskę i Czechy przed rozmieszczeniem na swoich terytoriach elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, jednak takie wymachiwanie szabelką dla obu tych krajów tylko uwydatnia potrzebę zacieśnienia współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi - ocenia w środę brytyjski dziennik "Financial Times".

8. Raport o WSI pomoże w śledztwie ws. mafii paliwowej?:
Co dokładnie i skąd Wojskowe Służby Informacyjne wiedziały o działalności mafii paliwowej - na to pytanie będą szukać odpowiedzi śledczy, badający sprawę nielegalnego obrotu paliwami. Prokuratorzy są zaskoczeni informacjami, jakie znaleźli w raporcie z weryfikacji WSI.

9. "GW": Nie ulegniemy groźbom ministra Ziobry:
- Opinie "Gazety Wyborczej" na temat sprawy kardiochirurga Mirosława G. można interpretować jako próbę wpłynięcia na bieg śledztwa - powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w Programie I Polskiego Radia. - Minister Ziobro próbuje zastraszyć i zakneblować wolną prasę - ripostuje Piotr Stasiński z "Gazety".

10. Sprawa tarczy: Rosja oburzona słowami premiera:
Jako pośrednie potwierdzenie, że rozmieszczenie elementów tarczy antyrakietowej USA w Polsce jest skierowane przeciwko Rosji środowa "Niezawisimaja Gazieta" interpretuje uwagę premiera Jarosława Kaczyńskiego, iż posunięcie to gwarantuje, że Polska nie znajdzie się więcej w strefie wpływów Rosji.

11. Rosja i Ameryka usiłują podzielić Europę:
Zarówno Rosja, jak i Stany Zjednoczone myślą ciągle jeszcze w kategoriach stref wpływów i usiłują podzielić Europę - uważa największy opiniotwórczy dziennik w Niemczech "Sueddeutsche Zeitung".

12. Ławrow: Polska powinna pytać Rosję o zdanie:
Polska i Czechy robią źle, bo nie pytają Rosji o zdanie w sprawie tarczy antyrakietowej - takie kolejne słowa krytyki płyną z Moskwy. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow w wywiadzie dla gazety rządowej stwierdził, że tarcza tak naprawdę wymierzona jest w Rosję.

13. Jutro ruszy budowa obwodnicy:
Minister środowiska Jan Szyszko zapowiedział, że jutro ruszy budowa obwodnicy Augustowa przez Dolinę Rospudy.

14. Złe prawo ogranicza zatrudnianie niepełnosprawnych:
Niestabilne, skomplikowane prawo jest główną barierą w zatrudnianiu osób niepełnosprawnych. Na milion niepełnosprawnych mogących podjąć zatrudnienie pracuje tylko 700 osób.

15. Demograficzna bomba tyka:
Rządzie, tego nie można już tak sobie zostawić. Nie można chować głowy w piasek. Polska zaczyna się starzeć. Także przez przywileje emerytalne.

16. Kosztowna obniżka składki rentowej:
Zdaniem wicepremier i minister finansów Zyty Gilowskiej obniżenie składki  rentowej o siedem punktów procentowych będzie kosztować około 20 mld złotych.

17. Prezydent przeciwny samozatrudnieniu:
Samozatrudnienie to najczystsza paranoja - uważa prezydent Lech Kaczyński. Prezydent podczas obrad Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" w Gdańsku zadeklarował, że w pełni popiera związkowców w walce z obchodzeniem prawa pracy.

18. Prezydent przeciwko budowie autostrady przez dolinę Rospudy:
Prezydent Lech Kaczyński jest przeciwny budowie obwodnicy Augustowa przez dolinę Rospudy - ogłosiła wieczorem Kancelaria Prezydenta. Popołudniu minister środowiska, Jan Szyszko zapowiedział, że jutro ruszy budowa obwodnicy Augustowa. Jeżeli tak się stanie, to Komisja Europejska natychmiast wyśle wniosek do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, by nakazał wstrzymanie prac - zapowiedziała rzeczniczka KE.

19. Iran gotów na atak USA:
Nie widać końca dyplomatycznej wojny na słowa, która może skończyć się prawdziwym konfliktem. Iran buńczucznie oświadczył, że jest gotów na amerykański atak, choć oczywiście wolałby walki uniknąć.

Ufff..... (to tylko powierzchownie przesiane przypadki; stanowią jednak gros informacji dostępnych w serwisach informacyjnych)

Wprowadźmy trochę porządku:
Mamy tu oczywiste przypadki (1,2,4,13,14,17,18) jawnego interwencjonizmu państwowego, związanego z typowymi wynaturzeniami i nieprawościami; te przykłady nie przedstawiają sobą żadnej "nowej" postliberalnej jakości. Mamy też typowe utarczki państw (6,7,10-12,19), które nijak się mają do rynku - to po prostu etatystyczna walka o strefy wpływów i zyski stąd płynące, a nie tamniby prozelityzm wolności. Mamy też trudniejsze przykłady bardziej wyrafinowanego, pokrętnego etatyzmu (3,5,9,15), który wart jest paru słów objaśnienia. No, i jeszcze są informacje o samych skutkach brzydkich machinacji państwa (3-6,8,9,15,16).

Przy okazji następnego wpisu (tj. jutro) postaram się napisać kilka słów o tych z punktów, o których coś napisać warto. W tej chwili niech wystarczy obrazek złożony z tej chmary mniejszych i większych etatyzmów oraz powyższej jakże przepięknie bezmyślnej - niemalże monty-pythonowskiej - tezy o superrynkowej działalności państw (sic!) na całym świecie. Aby żenuła była kompletna, wizję tę ukoronujmy równie głupawą, choć z brodą, piosenką Kazika Staszewskiego, który chyba właśnie stara się nas "wybawić od kapitału":

Konsument
słowa: Kazik Staszewski
muzyka: Kult

Konsument mówi, że je aby jeść
Konsument pli aby pleść
Jego bracia stoją radia wokół
Słuchają politycznego bełkotu
Potem wszyscy razem siadają do stołu
Piją wódkę, gadają, fioletowe twarze mają
A gdy więcej nie zjedzą i nie wypiją
Gromadzą się tłumnie przed telewizją

   A wszyscy oni bombardowani śmieciami
   Wszyscy oni zasypywani informacjami
   A wszyscy oni bombardowani śmieciami
   Wszyscy oni zasypywani informacjami

Konsument gdy wie, że to jest w modzie
Rozmawia o wojnie na Wschodzie
Mówi to co słyszał w radio i z gazety
Czy konsument to ty?
Tak im zależy, byś ty był konsument
Nie myślał, działał jak instrument
Bo konsument mówi, że je aby jeść
Więc pomyśl - czy jesz aby jeść?

   A wszyscy oni bombardowani śmieciami
   Wszyscy oni zasypywani informacjami

   Wszyscy oni bombardowani śmieciami
   Wszyscy oni zasypywani informacjami

Cóż, jak będę miał zaszczyt spotkać Kazika S. w spożywczaku, jak będzie kupował flaczki, to wypomnę, wypomnę. Jak usłyszę, że wypowiada się na jakiś temat (np. pisze piosenkę, hihi), czy że go ciekawi, co się dzieje na bliskim wschodzie (vide "Wewnętrzne sprawy"), to wypomnę, wypomnę. Jak dowiem się, że z internetu korzysta (ok, "Forum internetowe" to zły przykład; lepszym są liczne czaty z udziałem Autora), to wypomnę, wypomnę. Ale zostawmy hipokryzję.

Za to proszę mi powiedzieć, co jest złego w ciekawości, we własnych gustach, nawet jeśli niskie i głupie są czasem? Co złego jest w piciu wódki? Ok, fioletowej twarzy to ja mieć nie lubię. Więc co ja właściwie mam do tej piosenki? Już do tego przechodzę. Nie chodzi o to, że Kazik S. ma "dziwne" standardy, bo każdy ma jakieś tam, nie mnie oceniać. Dziwi mnie natomiast, że jemu oceniać przychodzi łatwo. Jakże łatwo mu było w tej piosence okazać pogardę dla czyjegoś stylu życia, nawet głupiego! Jasne, jeśli ktoś działa durnowato, nic nie przeszkadza aby się z tego pośmiać. Bo to jest śmieszne! No, bywa. Ot, dureń, niektórzy nawet dość okrutnie z takich drwią, jeśli im empatii nie staje. Można i współczuć. Ale pogarda dla ułomności...?

Mam takie dziwne wrażenie, że pogarda dla zwykłej głupoty i innych ludzkich wad znamionuje socjalistę, czy też, konkretniej, monopolistę ideologicznego. Cóż, chyba wiem o co chodzi z tą piosenką.

Otóż pogarda to rzecz dobra dla okazania słusznej wyższości. Jeśli jesteśmy naprawdę godni, możemy gardzić czymś naprawdę niższym, jak czyste zło. Dlatego mogę gardzić ludźmi złymi w sposób świadomy, czyli spadającymi poniżej definicji człowieczeństwa. Przełknę więc własne uczucie wzgardy wobec świadomych gwałcicieli, morderców, zdrajców, Stalinów, Urbanów, Jaruzelskich, Kiszczaków tego świata. Ci wybrali zło, choć mogli inaczej.

Ale pogarda dla zwykłej słabości? Dla głupoty? Głupiec może wybrać tylko second-best solution. Nie wie, co czyni. Nim gardzić??? Please... A pogarda dla grzeszności, właściwej każdemu z nas? Taka pogarda to rzecz dla domorosłych bogów, uznających się za ludzi bez skazy. Wstyd czuć taką pyszną pogardę.

I to dlatego wkurza mnie ta piosenka. Śmierdzi komuną mentalną, śmierdzi etatyzmem i państwem opiekuńczym. Ale to inne broszki. Niby.

Komentarze (0)
Ordynator mordunku
 Oceń wpis
   

Chciał ja żem napisać o nowej Partii Kobiet ("Polska jest kobietą" - ROTFL), ale zostałem niecnie uprzedzony przez dwóch innych blogierów (tu i tu), przeto postanowiłem nie upuszczać bez potrzeby pikseli, dzięki czemu zapewne okazałem się w oczach mas godnym pochwały ekologiem, który nie korzysta po próżnicy z prądu. Zatem ta drastyczna zmiana nie rozpoczętego nawet tematu z pewnością ujdzie mi płazem (ew. gadem).

Zajmę się za to sprawą jeszcze gorącą, czyli, jak mówią prawdziwi profesjonaliści (w każdej możliwej dziedzinie), "newsem". Tak, tak, chodzi oczywiście o "Wstrząsającą aferę w szpitalu MSWiA", którą minister Religa skwitował krótko i węzłowato: "Dranie i świnie znajdują się w każdym środowisku - niestety także w środowisku lekarzy". (Piękny truizm, za przenikliwość którego pozostaje jedynie nagrodzić ministra tytułem Perforatora Roku.) Na szczęście dla nas, minister Religa ukoił wszelkie potencjalne obawy, zapewniając, że "resort" "zdrowia" skontroluje sprawę. Cóż to za ulga niebywała, skoro każda kontrola nieodmiennie "prezerwatywuje" status quo. Dalej minister zabełkotał coś o odwiecznym micie podawania informacji do wiadomości publicznej, ale kto by się tym przejmował. Wszak odpowiednia ustawa funkcjonuje od 2002 roku. I co z tego - znawcy, jak to oni, znają obszar jej stosowania jako Twilight Zone, a my, jako nieznawcy, nie znamy go wcale.

Kontrola kontrolą, a środowiska środowiskami. Minister orzekł, że dranie są wszędzie, stąd nieochybny wniosek, że wszystkie środowiska równe są i tyle. Ooo, tak.

Wszystkie mody, wszystkie style
Równie piękne są - i tyle.
(Lub, jak chcesz, równie szkaradne -
Konsekwencje tego żadne).
Zachwyt tyle wart, co wzgarda,
Stryczek tyle, co kokarda,
Prawda tyle, co jej brak,
Smaku brak - tyle co smak.

Bo to o to w końcu chodzi
By niczego nie dowodzić.
Nie wykuwać tarcz utopii
I nie kruszyć o nie kopii.
Nie planować i nie marzyć.
Co się zdarzy - to się zdarzy;
Nie znać dobra ani zła:
To jest gra - i tylko gra!

Znamy tę śpiewkę. Lubimy ją my, lubią politycy. I wszystko jasne, i nie warto się przejmować (czy też kruszyć kopii). Wszelkie środowiska równe są, wszelkie systemy polityczne takie same, Stalin tyle wart co Michael O'Leary, a Jimmy Carter tyle co każdy producent orzeszków. Dlatego też zbrodniarze równo występują w takich środowiskach jak środowisko naturalne i nienaturalne, wśród alergików, hipochondryków, paranoików, hydraulików, sklepikarzy, wazeliniarzy, ubeków, czekistów, zawodowych morderców, złodziei czy byłych członkiń RAF. Wszyscy oni równi, byle tylko nie zadawać zbędnych pytań o to, jak to możliwe, by taki Mirosław... eee... Mirosław G... mógł spokojnie zabijać przez kilka lat co najmniej.

Skąd w publicznej zdrowia służbie łowcy skór, łowcy podarków (danin?)? Skąd w publicznej, przeto społecznej (poczujcie ten blask i ciepło... umm... społeeeeczny... uhh...) dziedzinie życia tyle niskiej, kapitalistycznej i zgniłej żądzy zysku? Zrozumiejmy się dobrze. Nie zamierzam nikogo potępiać tylko dlatego, że jest parszywym, podłym gnojem i zasługuje wyłącznie na potępienie ;) Interesują mnie raczej mechanizmy, umożliwiające takim szumowinom wzrost, jak dobra pożywka służąca kombinacji bakterii wywołujących sepsę.

Rzut oka wystarczy:

1) Niebywale niskie płace, spowodowane nadmierną (czyli wykraczającą poza organizacje charytatywne) podażą "darmowych" usług medycznych. Skoro publiczna służba zdrowia jest dla pacjenta "bezpłatna", czyli opłacamy ją pobieranymi pod przymusem urzędnika US podatkami, to rentowność prywatnych usług spada prawie do zera. Państwo oczywiście dzielnie zwalcza "ceny dumpingowe", ale tylko wtedy, gdy mogą zagrozić lokalnej sitwie; usług medycznych to nie dotyczy, bo "etyka polityka" (to prawie jak "bikini świni") nie dozwala uczciwego konkurowania o zdrowie pacjenta. A skoro konkurencji nie ma, to możemy, jak to się Herr Balicki wyraził (w TVN24, jeśli mnie pamięć nie zwodzi), więcej pieniędzy na służbę zdrowia przeznaczać, zamiast na lekarzy. (Poważnie!)

2) Brak wyjścia - pacjenci mogą wybrać albo pubilczną służbę zdrowia, albo elitarną płatną. Dlaczego elitarną? Bo w sektorze taniej, niskopłatnej służby zdrowia mamy monopol państwowy, który sam siebie radośnie opłaca za pomocą, jak to nazywają prawdziwi kozacy-gimnazjaliści, czyli młodociana skarbówka z finkami za pasem, tzw. kradzionki (w rzeczywistości termin ten pochodzi z lat zero-siódmych XIX wieku, gdy został wymyślony przez swojego autora, czyli przeze mnie; mimo wszystko nie roszczę sobie doń copyrightu).

3) Kwestia braku własności, czyli root of the problem. Nie ma prawdziwego szefa, jest jedynie rachityczny nadzorca, kartonowa makieta zarządcy ("Rosną w Polsce domy / Z czerwoniutkiej cegły / Domy wznosi piekarz / Bo w tej pracy biegły / Handel Zagraniczny / Rozwijają zduni / Znają koninktury / Z gawędzeń babuni" i dalej) - to właśnie sylwetka szeregowego dyrektora szpitala, czyli człowieka, który jest przyspawany do swojego fotela i za nic osobiście, jak (w naturalny sposób, czyli ekologicznie) każdy prywaciarz, nie odpowiada . Niby nad nim mamy bandę urzędników, ale oni i tak wszystko mają w nosie. Powiedzmy sobie szczerze, dlaczego miałoby im zależeć? Oni niezależnie od wszystkiego, ze spokojem i asertywnością rodem z najlepszych podręczników nauki życia nie tylko dla orłów (znacie te cudowne książeczki pisane przez niedopieszczonych marketingowców? "naucz się odpowiedzialności, mądrości i projektowania samolotów w weekend" albo "jak bez umiejętności i możliwości zrobić wszystko" lub "cybernetyka, czyli rozwiązanie wszelkich problemów wszechświata dla opornych" etc.; cudo!) wyciągną miliard z budżetu na spłatę długów, bo przecież bez nich biedne sierotki zaczną na ulicach umierać. Mogą się zadłużać w nieskończoność, mogą obiecywać, łgać na potęgę, mogą pod biurkiem opłacać umowy z co droższymi dostawcami wysokiej klasy sprzętu - ktoś inny zawsze z budżetu zapłaci. Wymuszone nie kradzione, wicie-rozumicie, bo to o sierotki przeca idzie...
Zastanówmy się jeszcze nad jednym. W jaki właściwie sposób Wielkie Panisko Odrynator miałby wymuszać pieniądze w firmie prywatnej? Miałby zmusić klienta do zapłacenia łapówki? Jak, skoro za rogiem czeka konkurent, który tnie koszty jak może, i ceny ma niższe, bo tak jakoś "ryzykownie" postawił na zwalnianie pracowników za wymuszanie haraczu (a co, mają pracownicy szefa okradać???)? Czyżby to sam właściciel miał łapówek chcieć? Taaak, jasne. Jeszcze w cenniku by je uwzględnił i nazwał "VAT" (wybaczcie mi zniżanie się do sarkazmu - jestem tylko człowiekiem ;) ).

Wszystko to pięknie, ślicznie - ktoś zapyta - ale skoro diagnoza jest tak oczywista, to dlaczego przez cały wiek XX nic się dało z tym zrobić? Odpowiedź zasugeruję odwołaniem się do przykładu z zupełnie innej beczki, czyli artykułu pod jakże mylącym tytułem "To rząd ma dowieść, że towar nie może wejść na rynek". W skrócie, pocieszny urwis imieniem Guenter Verheugen, komisarz UE ds. przemysłu, chce rzekomo zliberalizować przeetatyzowany handel między krajami unijnymi, bo to różne kraje wprowadzają absurdalne warunki certyfikacji produktów, tym samym tylnymi drzwiami przeforsowawszy bariery pozataryfowe mające chronić lokalne biznesy (oczywiście, jak zawsze intencje są szlachetne i o żadnych łapówkach mowy nie ma - jak to w polityce i w ogóle w sektorze publicznym zwykle bywa). Guenter nasz kochany wpadł więc na pomysł "[fundamentalnej zmiany] - odtąd to władze danego kraju będą musiały dowieść, że legalnie sprzedawany w innym kraju towar nie może być wprowadzony na ich rynek. Dotąd taki «ciężar dowodu» spoczywał na przedsiębiorcach".

Znakomicie, gdyby nie pojawiający się po chwili fragment: "Propozycja dotyczy 25 proc. towarów sprzedawanych w UE, nieobjętych dotąd unijną legislacją. Handel pozostałymi 75 proc., których wprowadzenie na rynek podlega już w różnym stopniu regulacji, ma być uproszczony dzięki wzmocnionej współpracy krajowych instytucji ds. certyfikacji". Tja. That was predictable. Zapał liberalizacji przejawił się wprowadzeniem nowej etatystycznej prerogatywy suwerena, czyli możliwości utrącenia (na pewno bardzo starannie) wybranych, dotąd nie objętych żadnymi przepisami, produktów, oraz obietnicą poprawy dotychczas źle działającego systemu poprzez jego "ujednolicenie" - cokolwiek by ono nie oznaczało.

Wspólny mianownik to spaw, utrzymujący pośladki w powabnym (vide "sprawa" niedoszłej radnej Anety K.) zespoleniu ze stolcem. Ludzie umierają, broni swego nasz układ. Jaki tam układ? Ano układ ministra (chcąc nie chcąc), urzędników każdego szczebla od zastępców przez doradców do lekarzy, firm farmaceutycznych, firm produkujących sprzęt (który "przedsiębiorca" nie zwędzi publicznych pieniędzy, jeśli klient-podatnik nie ma możliwości rynkowego wyboru?), intelektualistów strzegących swych szlachetnych katedralnych siedzisk i masy dobrodziei, czyli użytecznych idiotów (Lenin przerażająco dobrze wiedział, co robi i kim się posługuje). Nie wątpiąc w znakomitą organizację tych często kolegów z podwórka, tych bezczelnych demokratycznych koniokradów, muszę przyznać, że poza sferą działania intencjonalnego pochwalić należy ich ewolucyjnie znakomicie "pomyślaną" inteligencję rozproszoną. Wystarczy zmieszać spaw, rząd oficjalny (system totalitarny ;) ) kradzież podatkową, prawo pozytywne (tj. stanowione czy też dyskrecjonalne), całkowity brak wyobraźni przeciętnego urzędnika i nieco ludzkiej naiwnej dobroduszności.

Lecz przeciętny oszust uzyskuje dzięki tak spożytkowanej swojej nikczemności i prostolinijności ofiary cudowny dar: przekonanie, że się nie da inaczej. I taką też treść intelektualiści na etacie muszą przesączać przez nasze trzewia co dzień, "bo w innym wypadku w to po prostu można tam sobie podkładać różne treści i może nawet takie, które by nam tu nie odpowiadały".

Czego i Wam, drodzy Czytelnicy, gorąco życzę.

Komentarze (0)
O sile pewnego monopolu
 Oceń wpis
   

Najpierw jest wiara w siłę twojej wszechpotężnej argumentacji, gdy w swojej pysze uznajesz, że posiadłeś odpowiedzi na wszelkie pytania. Potem, gdy używane we wszystkich stylach i technikach argumenty w jakiś magiczny sposób odbijają się po wielokroć od jeszcze potężniejszej stalowej tarczy, przychodzi bezsilność i gorzkie doświadczenie bezdusznego oporu materii. Jeśli jesteś dość bystry, przypomnisz sobie, że opór nie wynika z głupoty, lecz z poczucia racji dorównującego Twojemu.

Wokół jest więcej zmiennych, indywidualnie dobierających żywiciela. Rówieśnik zareaguje inaczej niż pewny swoich doświadczeń starszy osobnik. Młodszy może być buntownikiem, a może dopiero odkrywa Amerykę. Przekonania wrzynają się w ucho wewnętrzne jak rozgrzane żelazo, dopasowywując świat do odbiorcy, bardziej lub mniej wykrystalizowane, zależąc od poziomu inteligencji, wykształcenia, genów, instrumentarium intelektualnego, indywidualnego umysłu i woli.

Wierząc w coś, przyjmujemy pewien przedział ufności. Filtrując dane i segregując je, odkładając przez całe życie na mniej lub bardziej zmienne półki "faktów", "twierdzeń", "teorii", "hipotez", "niewiadomych", "domysłów", etc., łącząc je niewidzialnymi nićmi relacji, funkcji, porządków, ciągów, szeregów, kształtów i chmur - dobieramy różne wartościowania, skale, miary. Nieuporządkowane umysły skłonne są do dużej dozy przypadkowości w dobieraniu filtrów, kierując się często prostymi, intuicyjnymi wskazaniami nie kory nowej, lecz impulsów i pragnień przybyłych z innych, starszych części tkanek szarych. Samo przekonanie o własnej racji często jest nie wiedzą, lecz silnym uczuciem, związanym z poczuciem wartości własnej osoby. Jako takie, może być nawet indukowane za pomocą środków farmaceutycznych czy narkotyków - wówczas niemal na pewno nie jest związane z rzetelną wiedzą, opartą na rzetelnym osądzie prawdziwości argumentacji. Wiąże się raczej ze odwiecznymi odruchami terytorialnymi.

Trudno jest przełamać coś takiego, szczególnie jeśli przeciwnik zszedł do defensywy, lub zaws. Wydaje się to wówczas doświadczeniem mającym sporo wspólnego z procesem ujeżdżania konia.

Ludzie trzymają się własnej samoświadomości. Od tego zależy spoistość ich jaźni, ich byt, powiedzmy, metafizyczny. Jeśli w strukturze ich umysłu niebagatelną rolę odgrywa konstrukcja, której fałszywość starasz się wykazać, jesteś w niezłych tarapatach.

Państwo jest hasłem. To wielkie kłamstwo, które sprawia, że czujemy się bezpieczni (cóż, wielu tak czuje). Identyfikujemy go z ojczyzną, przyjaciółmi, wspólnotą kulturową, z domem i rodziną. Państwo jest dla nas niezwykle ważne, tworzy naszą tożsamość. Jest obecne od naszych narodzin, od kiedy recytujemy:

Kto ty jesteś? - Polak mały.
Jaki znak twój? - Orzeł biały.
Gdzie ty mieszkasz? - Między swemi.
W jakim kraju? - W polskiej ziemi.
Czym ta ziemia? - Mą ojczyzną.
Czym zdobyta? - Krwią i blizną.
Czy ją kochasz? - Kocham szczerze.
A w co wierzysz? - W Polskę wierzę.
Coś ty dla niej? - Wdzięczne dziecię.
Coś jej winien? - Oddać życie
.

Jest tam, gdy gnębi nas nieprzyjaciel, jest naszym wspomnieniem o dobrym przyjacielu, gdy uciska nas okupant. Jest wrogiem komuny. Jest ostoją Polskości. Jest wiarą, jest zbawieniem, wyznaniem bronionym tak dzielnie przez Kościół (wiersz powyżej to oczywiście "Katechizm polskiego dziecka"), przez Papieża. Jest czasem Armii Krajowej, jest państwem podziemnym, jest bombą pod torami nazisty, jest wyzwoleniem z obozu pracy. Jest Józefem Piłsudskim, który był tak wspaniałym, mądrym wodzem. Państwo jest opiekunem, państwo to my. Państwo tworzymy, daje nam dumę, że jesteśmy wyjątkowi, że jesteśmy bohaterami, ciskającymi gromy na nazistów, że jesteśmy narodem ratującym Żydów, że nie jesteśmy tchórzami, jak Czesi i Francuzi.

Z tym przyszło walczyć zwolennikom wolności. Czy można sobie wyobrazić bardziej bratobójczy bój?

Lecz jak to? Gdzież tu spór? Czy rzeczywiście urzędnik (tak, ta honorowa pozycja z międzywojnia, ustępująca jedynie godności rangi oficera) jest prawdziwym reprezentantem narodowości? Czy język, którym mówimy, utrzymuje monopol państwa, czy może czynią tak ludzie, wśród których żyjemy, z którymi mieszkamy? Czy muszę bronić monopolu jednego państwa, gdy inny monopol-zaborca przychodzi po moje jak po swoje? Czy Austrowęgry zbrojnie napadały na każdy dom z osobna, czy też może wystarczyło zmieść zastane wcześniej elity polityczne? Czy można mi odmówić dzielności, jeśli zechcę bronić moich przyjaciół, umiłowanego języka czy wyznawanej wiary bez podpierania się ideą monopolistycznego przywódcy? Co tak niewiernego jest w wyborze mojego własnego policjanta, wojska i ubezpieczyciela, a co tak zdradzieckiego w niechęci do monopolu "publicznego" funkcjonariusza pochodzącego z mianowania? Czy wolność życia zgodnie z moimi własnymi zasadami jest aż tak odrażająca, że trzeba zagrozić mi więzieniem, jeśli nie dopasuję się do reszty, jeśli uznam, że lepsze jest dla mnie, mojej rodziny i przyjaciół wychowanie dziecka w szkole prywatnej lub korzystanie z prywatnego lekarza? Czy społecznie sprawiedliwe jest utrzymywanie chirurga kierującego monopolem bezpłatnej służby zdrowia, co tak dziwacznego jest w myśli, że zamiast płacić podatek, powinno się płacić za usługę? Czy produkcję i dystrybucję pożywienia, tak niezbędnego dla życia - o wiele bardziej bardziej niż medycyna - należy zmonopolizować, bo jest tak istotne? Czyż rynek nie zapewnia tych rzeczy, które są potrzebne? A czy państwo nie zwykło produkować nikomu niepotrzebnych pierdół (prostowanie banana, jajka tylko z jednym żółtkiem, nieskończona seria pieczątek pod prostym wnioskiem o założenie firmy, ślimak jako ryba lądowa, zbankrutowana piramida finansowa nazywana ZUS, górnicy dopłacający do wydobycia węgla itd itp) za wielkie, jak największe, pieniądze?

Po części mamy tu pytania retoryczne, po części prawdziwe problemy. Niewątpliwie chcąc żyć w społeczeństwie muszę do pewnego stopnia zrezygnować z mojej wolności. Lecz wątpiąc w zgubną pychę rozumu, chciałbym, aby nikt pyszny nie narzucił mi swojej wizji najlepszych relacji społecznych, poparcie dla nich zdobywając siłą, kłamstwem i szantażem. Tym właśnie jest monopol państwa. Nie pozwala na wybór, by nikt nie wybrał inaczej. Nie pozwala nam odejść, bo byśmy odeszli. Odbiera nam naszą własność, by wyżywić siebie. Szantażuje - jeśli nie będzie nas, głodni, starzy, niedołężni będą umierać na ulicach. I, co ciekawe, wierzymy im głupio. Zgadzamy się na przymus podatkowy, bo żal nam biednych. Wierzymy, że wolni nigdy byśmy się nie zgodzili, choć przecież właśnie się dobrowolnie zgodziliśmy. Twierdzimy, że dobroć trzeba z nas wyciskać jak z cytryny sok. Za mordę - i jużeśmy święci. Bez siły - głupie barany bez duszy...

Komentarze (4)
Biedaczek
 Oceń wpis
   

Ten wpis od nazbyt dawna czekał na wpisanie. Bardzo chciałem napisać coś o tym tutaj kuriozum, ale jakoś ;) się nie składało. Dobra, let's cut that crap.

Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do sięgającej szczytów absurdu nieudolności państwa. Wszyscy aż nazbyt dobrze przekonujemy się o tym - i to codziennie - na własnej skórze. Co zabawne, nawet najwięksi idioci w systemie bardziej kapitalistycznym od naszego jakoś tam sobie potrafią poradzić, gdy nasze kochane państwo opiekuńcze skończonych palantów robi z największych nawet geniuszy (o tym tutaj). Rzecz jasna, w żadnym razie nie chcę obrazić Pana Pawła Poncyliusza. Po prostu nawiązuję do czysto teoretycznych konsekwencji etatyzmu panującego wokół.

Skupmy się jednak na temacie naszych rozważań. Pan Poncyliusz jest zatroskany, widząc stan "naszego" państwa, które, jak widać z jego wpisu na blogu, sam reprezentuje na spotkaniach zagranicznych. Co więc robi? Skrupulatnie spisuje wszystkie myśli dotyczące tego, w jaki sposób mają postępować przedsiębiorcy (zagraniczni, ale też i polscy) pragnący wykorzystać nieudolność "naszych" firm na ich niekorzyść:

Polskie firmy przemysłu obronnego podpisują umowy z zagranicznym dostawcą nie zabezpieczając swoich interesów, nie potrafią skalkulować swoich kosztów i żądają cen, wyższych niż światowe.

Polskie firmy przemysłu obronnego kupują licencje na produkcję sprzętu, bez pomysłu, gdzie go następnie sprzedać.

Polskie firmy przemysłu obronnego potrafią podpisać umowę na dostawę towarów czy usług, których nie są w stanie dostarczyć.

Trudno o lepszy instruktaż. Ale tym razem pomińmy to, że facet reprezentujący te firmy, jeden z zastępców (sekretarz stanu w randze wiceministra gospodarki) ich właściciela, czyli (na poły mitycznego) tworu nazywanego "Skarbem Państwa", potwierdza półoficjalnie ich totalną niesprawność, dyskredytując jakiekolwiek próby sensownego inwestowania w nie (bo i tak zostanie to przejedzone), zachęcając do robienia przekrętów. Ok, w tym nie ma w sumie, niestety, nic dziwnego. Tak działa każdy rząd i każda władza, nawet jeśli czasem bardzo stara się robić czy wyglądać inaczej. Niektórym się to nawet częściowo i niechcący udaje, choć oczywiście zawsze w zgodzie ze starą maksymą nieodżałowanego Stefana Kisielewskiego: "Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko zwalcza się trudności nieznane w żadnym innym ustroju".

Ale jest coś nader niezwykłego, pokazującego, jak niesamowitym człowiekiem jest Pan Poncyliusz, w nazbyt szczerej, na Jego nieszczęście, deklaracji:

Podczas targów militarnych w Paryżu spotkałem się z przedstawicielami europejskiego koncernu militarnego EADS. W trakcie spotkania padło zaproszenie do ścisłej współpracy w międzynarodowych programach militarnych, których efektów można się spodziewać za 5-6 lat. Warunkiem przystąpienia jest decyzja rządu i zaangażowanie finansowe w projekt. Próbowałem tłumaczyć, że to dobra oferta, ale krucho z funduszami oraz, że nie mamy opracowanej koncepcji dla przemysłu obronnego. Wtedy dostałem pytanie czy mamy jakąś strategię, czy wiemy do czego dążymy, jakie mamy priorytety. Szlag mnie trafił, bo co ja mogę powiedzieć. Że przez 17 lat nie dopracowaliśmy się żadnej strategii dla przemysłu obronnego?

"Próbowałem tłumaczyć", "bo co ja mogę powiedzieć", "przez 17 lat nie dopracowaliśmy się żadnej strategii dla przemysłu obronnego". Pięknie, ślicznie. Od biedy można przyjąć, że Pan Wiceminister już ten problem "naprawia", w pocie czoła wykuwając zręby nowego planu, nowej dwudziestolatki (a co się będziem ograniczać!) militarnego etatyzmu. Dobrze, ślicznie. Ale ten fragment znaczy też, że Pan Minister nie ma przygotowanej żadnej strategii public relations. Nie wie, jak gadać z inwestorami, nie wie, co może im powiedzieć. On tylko "próbuje tłumaczyć", że niby "krucho z funduszami", "nie mamy koncepcji" (sic!) i inne takie tam typowo polskie "wicie-rozumicie". Każdy rozsądny biznesmen patrzy na takiego jak na ostatniego jełopa. Jak na kretyna, który wlazł do sklepu i paple o tym, że właściwie to on nie wie co kupić, a tak w ogóle to nie ma "piniędzy, Panie", bo "bida jest", i może jeszcze nawet okazjonalnie rzuci "pomurzcie, bracia"!

Słowem, totalna kompromitacja. Ale za to szczerze. Na blogu. W necie. To można.

Dlaczego o tym piszę? Niby nie powinienem się tym przejmować - ot, kolejny urzędas cośtam palnął. Problem jednak w tym, że, po pierwsze, ten urzędas jest odpowiedzialny za moje pieniądze. Im więcej tych pieniędzy zostanie na cele prywatne, im mniej pieniędzy trzeba będzie w budżecie "łatać" kolejnymi "łaciatymi" podatkami, tym lepiej. Im więcej tych pieniędzy w rękach prywatnych, tym większa świadomość - choć może to złudna nadzieja? - że prywatne jest po prostu lepsze. Tym też większa szansa na to, że politycy zostaną zmuszeni - szantażem czy lukratywnymi kontraktami, jest mi prawie (na korzyść szantażu) obojętne - do odstąpienia od kradzieży i niektórych regulacji.

Zauważmy także, że polskie firmy państwowe - szczególnie te wojskowe - nie mogą upaść. Będą w nieskończoność dofinansowywane z budżetu, kleconego z majątku przymusowo zabieranego jego prawowitym prywatnym właścicielom. Dlatego otwarte zaproszenie do przekrętu wystosowane przez tegoż urzędnika państwowego zaowocować może jedynie wybuchem korupcji opłacanej z ukradzionej nam własności.

Piękna perspektywa, nieprawdaż?

Komentarze (3)
Wielka Zgoda
 Oceń wpis
   

Drobna refleksja powyborcza.

Niemal "wszyscy" komentatorzy sceny politycznej (głównie telewizyjni socjologowie) mówią, że nadszedł czas, aby PiS zaprzestało swoich szalonych kłótni i pojednało się "wreszcie" z PO. Czemu poza zgodą dla zgody miałoby to posłużyć, szczerze mówiąc nie wiem. Czy chodzi o to, żeby politycy skuteczniej się kryli ze swoimi brudnymi sprawkami i nie przeszkadzali ludziom żyć złudnym mitem "sprawnego, naoliwionego mechanizmu politycznego"? Czy problem w tym, że mniejsza jawność, "niewywlekanie" kłopotliwych spraw w jakiś niewyobrażalny dla mnie sposób służy ofiarom tychże spraw, dlatego też należy wszystko poupychać w szafach i tajnych tomach?

Nie wiem kto tu ma więcej racji. Niepokoi mnie to, że nie wiem. Nie wiem czy PiS faktycznie walczy z "szarą siecią", czy też PO chce walczyć z centralizacją władzy (i czy to się wzajemnie wyklucza). Wątpię, by platformowi "liberałowie" mieli w głowach jakieś szczególne plany uwolnienia podatników. Takie obiecanki już były - ile z nich wyszło, wiemy dobrze. Władza popłaca władcom i to nie zmieni się nigdy. Nie sądzę także, aby PiSowska walka z układami miała jakikolwiek sens, biorąc pod uwagę używane w tej walce środki. Ok, niech nawet złapią paru drobnych złodziejaszków, takich jak Aleksandra J.; ale jednocześnie zostawią środki i metody sprawowania władzy, które zostaną wnet wykorzystane przez innych urzędników podobnych znanej nam dobrze ognistowłosej Sokołowskiej. Trzeba na to tylko trochę zaczekać. Ale, jak mówił Keynes, "w długim okresie wszyscy jesteśmy martwi".

Nieistotne. Ważne jest jedno. Wszyscy komentatorzy i dziennikarze, którzy nie piszą do Naszego Dziennika itp. gazet, przyjęli dość silne i pewne założenie. Założenie owo polega na tym, że żadnego układu związanego z PO nie ma. Zakładają, że cały spór PiS i PO nie ma żadnych podstaw. Zakładają, że PiS nie jest w żadnym układzie. Zakładają, że PO nie jest w żadnym układzie. Ot, po prostu, PiS się głupio czepia i chce pełni władzy, nawet jeśli tę władzę traci.

Tutaj tego nie oceniam. Nie chcę się wypowiadać, postaram się być wbrew sobie niestronniczy ;)

Ja tu tylko postawię robocze założenie, jakie się stawia czasem, jeśli się chce rozpatrywać różne hipotezy. Tak, jest taka dziwna i nieznana metoda myślenia, według której świat jest na tyle skomplikowany, że warto czasem stawiać różne - nawet mocno zakręcone i nieprawdopodobne - hipotezy i sprawdzać ich logiczne konsekwencje. Cóż, moda jest inna, dziś stawia się tylko jedną hipotezę i się w nią ślepo wierzy. "Takie czasy".

Jakie jest to robocze założenie? Ano, przypuśćmy na chwilę, że jednak jakiś tam układ sobie istnieje. Przypuśćmy, że w jakimś, nawet niewielkim, stopniu, dotyczy PO. Pytanie brzmi: JAK i DLACZEGO PiS ma się dogadać z układem, z którym przynajmniej deklaratywnie walczy? Dlaczego, pozwolę sobie przeformułować pytanie, ofiara złodzieja ma się dogadywać ze złodziejem i ma to jeszcze uznawać za dobre?

Wyobraź to sobie, Drogi Czytelniku. Do Twojego domu wpada bandyta i chce Twoich pieniędzy. Powiedzmy, że nie chcesz mu ich oddać. Kim jesteś? Kłótliwym polaczkiem, przedstawicielem kaczystanu, jesteś niezdolny do kompromisu, jesteś idiotą który nie potrafi dojść do zgody. Powinieneś się jej uczyć, np. od TEGO Mistrza Pojednania (warto zadać sobie pytanie, dlaczego akurat Husajn do niego nawołuje... w ogóle, warto zadawać sobie różne pytania). Wyobraźmy sobie, że PiS faktycznie uważa PO za "łże-elicką" bandę. JAK ma się dogadać z PO? Ja nie widzę takiej metody.

Inna sprawa, że dogaduje się z Samoobroną. Inna sprawa, co myślę o PiS i PO. Ja tylko pokazałem konsekwencję małego roboczego założenia, że PiS nie jest full of shit, czyli robi coś troszeczkę poza wciskaniem nam wszystkim kitu (ale czym jest polityka jak nie wciskaniem kitu wyborcom?).

Czego zatem dowodzi moje malutkie rozumowanie? Ano tego, że wszyscy komentatorzy, jakkolwiek by siebie nie nazywali, jakkolwiek by nie myśleli, za kogokolwiek by się nie mieli, jasno opowiedzieli się po jednej stronie. Dali wiarę PO i zlekceważyli PiS. Założyli, że PiS kłamie. Ot, dziennikarski obiektywizm.

Proszę Was, pomyślcie nad tym chwilkę.

Komentarze (2)
Kos i Mos
 Oceń wpis
   
Rano w Trójce usłyszałem piosenkę "Kos i Mos" Maleńczuka. Jest to krótka historyjka dwóch braci, których poróżniły pieniądze. Ale nie uprzedzajmy faktów ;) i przeklejmy treść (www.poema.art.pl):
Byli bracia Kos i Mos
Mieli planet pełen Trzos
Poróżnili się niestety
Bo planety to monety

Mosa Kos uderzył w nos
W kostkę Kosa kopnął Mos
W swoje strony ciągną Trzos -
Wysypał się planet stos!

Wtedy Ojciec zabrał głos
Czas podzielić planet stos
Za dnia rządził będzie Kos
Noc we władzę weźmie Mos
A o zmierzchu i o świcie
Ustanawiam dziś granicę
Wreszcie kłótni będzie dość

Potem ściągnął okulary
Utrudzony Ojciec Stary
Głowę złożył na ksiąg stos
Odtąd rządzą - Kos i Mos

Gdy świt wstaje Kos się budzi -
Budzi śpiewem wszystkich Ludzi
Lecz nie każdy lubi ptaszka
Nocna kończy się igraszka
A nie każdy lubi to
W nocy zaś - budzi się Zło.
Ludzie pod osłoną nocy
Dziwnie skorzy do przemocy
Nocnych zmagań toczą trud...
Tak się w nocy bawi Lud

Nie ma zgody między niemi
Zgody nie ma i na Ziemi
Za dnia Kos a w nocy Mos
W swoje strony ciągną Trzos.
Pierwsza refleksja - typowy przykład gry o sumie zerowej ;) czyli stara głupia śpiewka o tym, że aby zyskał ktoś, stracić musi ple ple ple. Dobrze, dobrze, jest noc i dzień, bracia muszą się podzielić, wziąć jakieś wachty albo wydać odpowiednie papiery wartościowe, czyli handlować między sobą akcjami nocy i dnia, na ile będzie im to potrzebne. Ale głupi ci Rzymianie!
Ok, Maleńczuk nie był w stanie wymyślić takiego systemu gospodarczego, bo u zarania swojej kariery śpiewał na ulicy, a - powiedzmy to szczerze - kogo na ulicy interesują kursy akcji. Heroina (ta polska, you silly Billy) jest zdecydowanie lepszym tematem, czego też i Pan Maleńczuk nie omieszkał przedstawić w paru piosenkach. Dobrze, już, dobrze, brnijmy dalej.
Dlaczego Kos nie mógł się pogodzić z Mosem? Przede wszystkim podkreślić należy, że to wciąż nie jest dobry temat na piosenkę. Zgoda??? Taka zwyczajna zgoda i normalna kalkulacja ekonomiczna w gospodarce rynkowej? E tam, zbyt mało dramatyzmu - tych (uwaga, zachodzi skomplikowany związek frazeologiczny!) niezbędnych ulicznym brzdękom emocji szarpiących struny nerwów duszy niczym pijany Kaczmarski grający na gitarze (uff!). Nie, niech będzie niezgoda, ona bardziej bolesna, mocniej chwyta za serce spragnionego fałszywej prawdy i łatwego weltschmerzu klienta sklepu z puchatymi kapciami. Kos i Mos zostali więc skazani przez naszego dzielnego dramaturga na spór. Dlaczego? Bo to postacie fikcyjne, ale przede wszystkim dlatego, że to idioci. Zamiast się dogadać jak prawdziwi bracia, tym w głowach tylko fałszywe bogactwa.
Co im przeszkadzało postawić uczucia rodzinne ponad głupi stos planet-monet? (Zwróćcie tylko uwagę na tę pożałowania godną frazę:
Poróżnili się niestety
Bo planety to monety
"Bo"??? Na Boromira! Gdzież tu jaka sensowna implikacja? Czyżby to sam Mr. Big-Świat skazywał tych biedaczków na nieunikniony spór? Phi! Głupi determinizm, ot co!)
Co więc im przeszkadzało? Jeśli cokolwiek, to pewnie złe wychowanie - Ojciec niby inteligent (ściąga z nosa okulary), ale się nie leni przepisując byle jakie stare (i niepotrzebne, a co!) księgi. Nie nie, robota konkretną jest - facet musi koniecznie cały kosmos utrzymywać, i to 24hpd. Dla dzieci czasu brak, stąd pewnie i młodzież problematyczna. Nie zna uczuć rodzinnych, to się kłóci.
Choć jedno trzeba Maleńczukowi przyznać. Złe wychowanie złym wychowaniem, a nasz bohater muzyczny wprowadza jednak również pewien cenny element prawa własności - Ojciec, właściciel kosmosu, decyduje o podziale majątku. Dzieli kosmos pomiędzy głupich braci, skoro oni nie mogą sobie jakoś razem poradzić (tzw. "tragedia wspólnot"). Widać, że albo Ojciec głupi, albo bracia równie głupi - w innym bowiem wypadku kosmos przypadłby z pewnością mądrzejszemu z braci.
Tak czy inaczej, strasznie dziwny ten kosmos: ludzie chodzą po nocach zamiast spać i nic im w głowie innego nie postoi jak się wzajem mordować (a w nocy lepsze rzeczy można robić, o tak!). Brak tu szacunku dla cudzej pracy i dla praw własności. Nic dziwnego. Maleńczuk to wszak były grajek uliczny, a prywatnych ulic dziś nie uświadczysz. Szkoda, bo gdyby było inaczej, to może i by potrafił nasz Pan Maciek vel Maciuś (zyskałem jednego wroga) ułożyć piosenkę o współpracy i porządnym, etycznym biznesie. Czego i sobie i Tobie, szlachetny czytelniku, życzę :)
Komentarze (0)
1 | 2 |
Archiwum
Rok 2007
Rok 2006
O mnie
idkillem
Dwie stopy, a na brzegach (tylko na przedzie!) ok. 20 palców. Ze stóp odchodzi po jednej tubie wypełnionej mieszaniną ścięgien, mięśni, kości. Na tubach znajduje się zestaw tzw. naughty bits, potem tuba pojedyncza, potem rozgałęzia się ta papranina na trzy strony. Z najwyższej pochodzi treść blogu.
Najnowsze wpisy
2007-04-29 22:41 Zmusić do moralności
2007-04-15 19:31 Groźby
2007-04-14 22:56 HIV no pasaran!
2007-04-09 15:00 Podłe Święta
2007-04-09 01:00 Dowiedli, że szczęście ważne
Najnowsze komentarze
2007-04-30 00:12
idkillem:
Zmusić do moralności
Przez wszystko to przebija strach i chorobliwa niepewność - mimo głośnych (tym głośniejszych,[...]
2007-04-29 23:59
Gubon:
Zmusić do moralności
Dawno nie czytałem tak merytorycznego tekstu. Jestem na prawdę pod wrażeniem i pozwalam sobie[...]
2007-04-29 23:11
d`Annunzio:
Zmusić do moralności
Wolny wybór? Tego słowa homofile nie znają, bo dla nich wolny wybór oznacza swobodę[...]