Zgodnie z obietnicą, dziś skomentuję kilka mniej intuicyjnych przykładów przenikania sfery nakazu, zakazu, ordnungu, przemocy i zwyczajowej dawki pozbawiania ludzi godności i prawa do samostanowienia.
W poprzednim wpisie zdążyłem jedynie wymienić kilka informacji ze świata, które wymagają nieco szerszego wyjaśnienia. Z pozoru są to rzeczy niezależne od działalności państwa lub mają mało z nim wspólnego:
- Słowo "mama" na cenzurowanym:
Służba zdrowia w Szkocji zaleciła personelowi przychodni i szpitali unikania słów "mama" i "tata". Uznała, że obrażają one homoseksualnych "rodziców".
Tutaj mamy przynajmniej kilka klas wpływu. Pierwsza, która jest najbardziej oczywista, to kwestia własności szpitali. Choć oczywiście każdy szpital, prywatny i nie, mógłby teoretycznie coś takiego wymyślić, to jednak przez sam fakt, że pacjenci nie mają wielkiego wyboru (bo mamy nierówną konkurencję ze strony pseudodarmowych szpitali publicznych), mamy tu do czynienia z czystej wody przymusem administracyjnym, nakazującym traktować dzieci rodziców, którzy nie są chorzy na homoseksualizm, tak, jakby byli dotknięci tą przypadłością.
(Wszystkich urażonych przepraszam za odniesienie do uroczo staromodnego konceptu normalności, zgodnie z którym takie "style życia" lub też "preferencje seksualne" jak erotomania, masochizm, sadyzm, pedofilia, ekshibicjonizm, transwestytyzm, socjopatia, dagerotypia, spinaczyzm i - ech, żarty, żarty, wieczniem niepoważny! - nekrofilia były traktowane jak odstępstwa od pewnej przyjętej normy.)
Jest to przykład odebrania podstawowego prawa do dyskryminacji.
- Co??? - zakrzykną niektórzy. Cóż powiedzieć, świat nasz tak zbaraniał, tak bardzo spowszechniał, spluralizował się, rozmył i ograniczył do smutnej zerowymiarowości, że aż zagubił w mrokach niepamięci więdzę o wszelkich nie tyle pozytywnych, co wręcz niezbędnych do przeżycia gatunku zaletach dyskryminacji, czyli inaczej wykluczenia. Ba, nawet geje poniewczasie oberwali rykoszetem, gdy okazało się, że nowa ustawa fraternizująca wszystkich pod policyjną pałą będzie Nemezis dla ich własnych klubów, dla ich "stylu życia". Skoro bowiem wszystko musi być socjalistycznie zunifikowane, to i oni sami nie mogą wyprosić niechcianych heteroseksualistów z klubu.
Dyskryminacja to więc nie nienawiść, i nie niechęć. Dyskryminacja to podstawowe prawo człowieka do jego własności. Gdy nie chcę, by do mojego domu wchodził włamywacz - dyskryminuję. Jeśli nie życzę sobie obecności cuchnącego pijaka, wypraszam go - dyskryminuję. Jeśli właściciel kafeterii wyrzuca za drzwi awanturnika, aby chronić swoich gości - dyskryminuje. Gdy policja skuwa mordercę - dyskryminuje. Osiedlając się niedaleko czarnoziemów, dyskryminuję gleby jałowe. Wybierając twierdzenie o trzech ciągach, dyskryminuję jego zaprzeczenie. Wybierając prawdę, dyskryminuję fałsz. To, mówiąc w skrócie, pozytywna rola dyskryminacji.
Jeśli chodzi o coś, o czym myślę, że jest negatywną formą dyskryminacji, to np. dyskryminowanie przez pracodawcę dobrego pracownika ze względu na nieistotną dla jego pracy cechę. Powiedzmy, że przedsiębiorca nie lubi kobiet, więc wyrzuca dobrą pracownicę. Skutek jest taki, że znajduje ona pracę u konkurenta (nie biorę na razie pod uwagę "przywilejów" pracowniczych, które utrudniają zatrudnianie), który uzyskuje przewagę nad idiotą mizoginem. Tak mniej więcej wygląda mechanizm karzący ludzi za ich głupotę w dyskryminowaniu. Lecz są tacy - nazwę ich, by z nikim się nie kojarzyli, ustawodawcami - którzy chcą dyskryminować niektórych głupich przedsiębiorców. Ustalają więc prawa utrudniające zwalnianie np. kobiet. Ale mądry przedsiębiorca, który nie jest mizoginem, nie wie, czy zatrudnia dobrą pracownicę, czy kiepską. Ponieważ ryzykuje, musi wybrać między ryzykowaniem przyszłością rodziny a zatrudnieniem nieznanej osoby. Boi się więc zatrudnić kobietę, szczególnie, że została dopiero co wyrzucona z poprzedniej pracy. Patrząc na to, dobroduszni ustawodawcy uchwalają jeszcze ostrzejsze regulacje, koło się więc zamyka, zwykle więżąc młode bezrobotne kobiety.
- Restauracje chcą karać za nieskończenie posiłku:
Właściciele hongkońskich restauracji wprowadzają kary finansowe dla osób, które nie skończą podanych im dań. Ma to zapobiec marnotrawieniu jedzenia - informuje w środę dziennik "South China Morning Post".
To chyba najmniej dowodliwy przypadek. Nie sądzę, aby postawienie na końcu łatwego CBDU było możliwe. Tak czy siak, zdecydowałem się go tu umieścić, gdyż dobitnie wskazuje źródła oraz pewne mechanizmy skłaniające nas do wiary w etatyzmy.
Najpierw zadajmy sobie proste pytanie: Czy przedsiębiorcy faktycznie z własnej inicjatywy zdecydowali się na ustanawianie kar dla klientów, w ramach swojego autonomicznego prawa do dyskryminowania ludzi jedzących przy ich stołach? Pomysł jest jednak absurdalny i niepraktyczny, o czym świadczy choćby fakt, że "ma jednak [on] niewielkie szanse na powszechne stosowanie, ponieważ restauracje prawdopodobnie będą się obawiały utraty klientów". Jasne że będą! Tylko faszyści gastronomiczni są w stanie obżerać się tylko po to, by wchłonąć wszystko, co na talerzu. Innych klientów zachęca przecież wygoda: atmosfera, możliwość odpoczynku, rozmowa, wolność wyrzucenia części jedzenia, które nie smakuje, bez tłumaczenia się gospodarzowi itd itp., a nie groźby kar finansowych za niedostosowanie się do wymogów dietetycznych restauratorów.
O wiele prostszym sposobem "karania" klientów jest wzrost ceny lub takie sztuczki jak sprzedaż żywności na wagę. Wszystko to nie zapobiega pozostawianiu kości, pestek czy innych niejadalnych odpadów, ale groźby dodatkowych opłat i tego nie zmienią. Istnieją też takie mniej przyjemne, ale uskuteczniane przez uboższe jadłodajnie metody jak wykorzystywanie resztek przy "akcie kreacji" ;) nowego posiłku, lub odsprzedaż instytucjom charytatywnym, rolnikom etc. etc.
Pomysł, aby karać klientów za niejedzenie resztek musi mieć więc raczej przyczyny psychologiczne lub prawne. Z jednej strony, psychologiczne, ponieważ właściciele restauracji również mogą wyznawać religie socjalistycznej ekonomiki, wierząc, że przymus jest właściwą odpowiedzią na wolną wolę. Mogą uważać, że wprowadzenie nakazu i zmowa restauratorów przybliży właściwy porządek rzeczy. Lecz etatyzm w tej (quasi-prywatnej; etatyzm nie jest możliwy bez niszczenia czyjejś własności - w tym przypadku może być to uniemożliwianie wejścia na rynek nowemu restauratorowi) czy w innej (państwowej) formie zawsze skutkuje koniecznością eskalacji interwencjonizmu i w konsekwencji katastrofą.
Z drugiej strony mogą być - i bardzo prawdopodobne, że są - konkretne przyczyny prawne. Wystarczy, aby państwo nakazało restauratorom "utylizację groźnych odpadów" poprzez wywóz na wysypisko śmieci (zamiast użycia metod wymienionych wyżej), zakazując np. oddawania żywności biednym, jak to miało miejsce u nas. Problem może sprowadzać się do rygorystycznych przepisów regulujących kwestie higieny w takich miejscach, nakazujących traktować każdy niezjedzony fragment jedzenia jako śmieć, który ma być natychmiast zutylizowany. To wszystko mogą być regulacje wprowadzone w czasach histerii ptasiej grypy. Trudno powiedzieć, nie znając miejscowych uregulowań prawnych. W tym przypadku, jak powiedziałem, wpływ państwa wydaje się być prawdopodobny, ale nie jest udowodniony.
Pewne jest natomiast to, że zachowanie restauratorów nie jest mądre i jego przyczyny leżą najprawdopodobniej poza rynkiem - w ludzkim błędzie, głupocie - a jeśli nawet tak nie jest, to i tak zostaną przez rynek negatywnie zweryfikowane - na co już teraz się zanosi. Dla nas najważniejsze niech będzie zarysowanie podstawowych problemów wywoływanych przez państwo, nawet jeśli nie są tu one obecne (w Polsce akurat obecne są!).
- "GW": Nie ulegniemy groźbom ministra Ziobry:
- Opinie "Gazety Wyborczej" na temat sprawy kardiochirurga Mirosława G. można interpretować jako próbę wpłynięcia na bieg śledztwa - powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w Programie I Polskiego Radia. - Minister Ziobro próbuje zastraszyć i zakneblować wolną prasę - ripostuje Piotr Stasiński z "Gazety".
To, to żaden węzeł gordyjski nie jest, i rozwiążemy ten supełek szybko. Z jednej strony mamy prokuratora generalnego, który może sobie bezkarnie każdego oskarżyć o przestępstwo, które najwyżej da wynik negatywny. Nikt nie poniesie odpowiedzialności, wszystko zostanie w politycznej rodzinie. Z drugiej strony mamy Gazetę Wyborczą, medium, które robi wszystko, aby udowodnić postawioną z góry tezę. Idiosynkrazję albo zwykłą nienawiść GW do obecnych władz widać gołym okiem, podobnie jak imperatyw kategoryczny obrony wszystkiego, co żyło w PRL (+ wątła skorupka ogólnego potępienia systemu, lecz nigdy prawdziwych żywych ludzi, pomieszana z systematycznymi pochwałami "szczytnych" systemów sprawiedliwości społecznej). Czy GW faktycznie broni układu, czy nie - nie wnikam i nie chcę wnikać, bo bym się uwikłał w dowodzenie za pomocą poszlak, a do tego cierpliwości mi brak. Ważne jest to, że uwikłało się w zwalczanie jednej ze stron systemu politycznego i faworyzowanie innych. Pomagając w ten sposób politykom, korumpuje ich oraz siebie; zamiast służyć swoim klientom, stara się ich zdominować i uzyskać polityczne wsparcie dla rządów innych grup, które ich zdominują. GW walczy na rzecz jakiegoś rodzaju władzy i nie sądzę, aby na tym nie korzystali.
- Demograficzna bomba tyka:
Rządzie, tego nie można już tak sobie zostawić. Nie można chować głowy w piasek. Polska zaczyna się starzeć. Także przez przywileje emerytalne.
"Rządzie, tego nie można już tak sobie zostawić". Zabawne, tak ogniem ogień chcieć gasić. Te wszystkie koszty pracy, te regulacje rynku pracy, te płace minimalne, te stosy papierów dla urzędów skarbowych, te podatki od dochodu, te podatki od spadku, te ograniczenia sfery własności, te wcześniejsze emerytury, te renty, te wypłaty dla bezrobotnych, te cła, te regulacje, te kontyngenty, te ok. 40% PKB poświęcone budżetowi. Ta demokracja: to głosowanie co 4-5 lat, ta hodowla głupoli w państwowym systemie edukacyjnym, tych zadowolonych z ignorancji ciamajd wyznających ślepą wiarę w opiekuńczą rękę państwa, która załatwi wszystko, ureguluje wszystko; to prawo stanowione, mające być remedium na wszelkie bolączki niedomagających rodzin.
Problem jest skomplikowany, ale nie przez brak śladów prowadzących do państwa, lecz szczególny ich natłok. Potrzeba nam jakiejś koherentnej klasyfikacji, więc przedstawię dość ubogi zarys propozycji takowej:
1. Likwidacja potrzeby urodzenia potomka:
a) zlikwidowanie bodźca ekonomicznego w postaci niepewnej przyszłości - ponieważ system emerytalny okradający przyszłe pokolenia czuwa nad nami, dobrze wychowane dziecko przestaje być warunkiem spokojnej starości,
b) podatki spadkowe oraz od własności uniemożliwiające przekazanie życiowego dorobku potomkowi "sterylizuje" potencjał pokładania w nim naszych nadziei - czy to ambicjonalnych (exegi monumentum w postaci sprawnej firmy), czy związanych z wizją spokojnej starości pod ich opieką,
2. Oddalenie potomka od rodzica, dematerializacja więzów rodzinnych:
a) system edukacyjny detronizujący rodzica, unieważniający jego władzę i autorytet, sprawiający, że dziecko nabywa od aparatu państwa pajdokratyczne prawa, zezwalające mu na przymusowe introdukowanie do rodziny obcych kontrolerów, choć nie jest dość dojrzałe, by ocenić ich działania,
b) poprzez osłabienie materialnych więzów spadkowych i możliwości innych materialnych darów serca od rodzica dla dziecka, rozwadnia się różnice rozwojowe pomiędzy dziećmi z różnych rodzin, a ich standaryzacja/normalizacja skutkuje dalszym oddaleniem dziecka od rodzica, ze szczególnym uwzględnieniem zaniku tradycji rodzinnych,
c) demokracja (na wiele sposobów, niemożilwych do wymienienia tutaj) sprawia, że zyskowny dla władz staje się system życia poświęconego chwili obecnej, bez poszanowania myślenia perspektywicznego; najbardziej preferowany jest człowiek nie wykraczający myślą poza wybory, bierny, nie podważający hasłowej władzy demokratycznej, żyjący chwilą obecną, nie przejmujący się przyszłością - ten bowiem zacznie chcieć inwestować, prowadzić działalność na własną rękę zamiast funkcjonować jako bierny element masy (polecam tu obszerne, choć nieco chaotyczne - tym niemniej nieporównanie doskonalsze niż ten strzęp tutaj - studium problemu autorstwa H.H.Hoppego pt. "Demokracja - bóg, który zawiódł"),
3. Aktywne zniechęcanie do posiadania dziecka (poprzez powiększenie preferencji czasu na rzecz konsumpcji, a przeciw inwestycji w dziecko, czyli w skrócie: im mniejszy nasz dochód, tym mniej czasu zostaje na wychowanie dziecka):
a) podatki dochodowe, przez które więcej uwagi musimy poświęcać pracy niż inwestowaniu w wartości bardziej długofalowe, czyli np. dzieci,
b) ograniczenia rynku pracy, skutkujące zaniżonymi pensjami, większą niepewnością rynku pracy, czyli zagrożeniem bezrobociem, co dotyczy szczególnie młodych potencjalnych matek - to wszystko powoduje, że nie możemy sobie na dziecko pozwolić,
c) w ogóle wszelkie etatyzmy godzące we własność materialną ludności.